Piotr Mirski - Idzie wojna, czyli "Ostatni termin" kolektywu IndeXXX
W ciemnej, obskurnej izolatce siedzi na krześle nieprzytomny mężczyzna; na czole ma pokaźną ranę, z której krew skapuje na brodę, krawat i garnitur. Za nim wznosi się tajemnicze urządzenie, stanowiące połączenie dźwigu z kosiarką; przed sobą ma on natomiast stół zawalony tonami papierów.
Z zawieszonego gdzieś pod sufitem głośnika dobiega głos: „Szanowny panie rektorze, z radością witamy w naszym skromnym gabinecie. To dziwne uczucie, dowiedzieć się, że ma się kogoś nad sobą, prawda? Nie jest pan bogiem, nie jest pan ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego. Niech się pan jednak nie boi. Niedługo opuści pan ten pokój, wystarczy tylko uporać się z odrobiną biurokracji. Przed sobą ma pan podanie o uwolnienie. Jedynie tysiąc stron. Proszę je wypełnić w ciągu pięciu minut i podstawić pod znajdującą się w lewym roku gabinetu kamerę. Jeśli się panu nie powiedzie, no cóż, nie będzie już drugiego terminu”. Maszyna za plecami mężczyzny ożywa i jej ostrza zaczynają nieubłaganie zbliżać się do jego głowy. Nieszczęśnik chwyta leżący na biurku ołówek i zaczyna uważnie czytać wydrukowane na papierze instrukcje; coś zakreśla, potem jednak wymazuje gumką, podnosi głowę, otwiera usta, z których wydobywa się urywek zdania: „to jakiś bełk...”, ale w tej chwili ostrza docierają do jego potylicy; strzępki czaszki i mózgu ochlapują formularz. Kamera przy wtórze noise'owego zgiełku przelatuje przez szczątki głowy mężczyzny, nurkuje za jego plecami i wlatuje do kratki ściekowej, gdzie w ciemności nagle zapala się napis „Ostatni termin”.
Pod tym tytułem kryje się zrealizowany w Polsce undergroundowy film, który w wielkim stroboskopowym błysku łączy w sobie pastisz kina exploitation, doświadczenie nowojorskiego „Cinema of Transgression” oraz społeczną satyrę. Powstał podobno już w 2006 roku, ale jego droga ku sławie trwała kilka lat: najpierw pokazywano go na lokalnych przeglądach horrorów, potem ktoś – prawdopodobnie sami twórcy – wrzucił cyfrową kopię do Internetu, aż w końcu „Ostatnim terminem” zainteresowali się dyrektorzy festiwalu w Sundance. W międzyczasie pojawiły się entuzjastyczne recenzje na takich portalach jak Fangoria, a o dziele zaczęli wypowiadać się pochlebnie twórcy z pozornie różnych nisz: Eli Roth, Alexandre Aja, Harmony Korine i Gaspar Noé. Chociaż „Ostatni termin” w brawurowym stylu połączył zwolenników ostrego gore i transgresyjnego kina niezależnego, to nie doczekał się jednak premiery w swoim rodzimym kraju, co wzmocniło jedynie jego status dzieła zakazanego i kultowego.
Ów status wydaje się być na równi wynikiem skostniałego myślenia polskich dystrybutorów, którzy bali się wpuścić na ekrany pozycję tak bezczelną i obrazoburczą, oraz działania samych twórców. „Ostatni termin” został bowiem podpisany przez tajemniczy kolektyw IndeXXX, grupę wymieniająca wśród swoich poprzedników zarówno ruch surrealistów, rozsławione na świecie przez Chucka Palahniuka Cacophony Society jak i Al-Kaidę. Na nielicznych konferencjach prasowych jej członkowie pojawiali się w kominiarkach oraz uniformach z białymi „iksami” na piersiach, a na pytania o przesłanie niesione przez „Ostatni termin” odpowiadali: „Nasze dzieło to obłąkańczy śmiech zdemenciałego butapreniarza – dźwięk, który najlepiej podsumowuje życie w tym popierdolonym kraju”. W prowadzonych na internetowych forach spekulacjach powraca teza, że ci ludzie są absolwentami ujotowskiego filmoznawstwa – wskazują na to miejsce, gdzie kręcono „Ostateczny termin” oraz odczuwalna filmowa erudycja twórców.
Zarys fabularny „Ostatniego terminu” przypomina parodię „Piły”. W pewnym mieście zaczynają ginąć kolejni urzędnicy i wykładowcy z lokalnego uniwersytetu (nie pada żadna nazwa, ale oczywiste jest to, że chodzi o Kraków i Uniwersytet Jagielloński). Morderstwa są niezwykle brutalne i poprzedza je zawsze sadystyczna gra, jaką z ofiarami prowadzą tajemniczy prześladowcy. Nad głównym budynkiem uczelni nieustannie powiewa czarna flaga, organizowane są marsze milczenia, masowo odwołuje się zajęcia, a kolejni doktoranci porzucają studia. Wszystko to obserwujemy z punktu widzenia Marcina, studenta pierwszego roku prawa, abstynenta i prawiczka.
W teorii brzmi to jak zrealizowany za równowartość skrzynki piwa kampowy wygłup, ale aby zrozumieć, na czym polega fenomen „Ostatniego terminu”, należy sięgnąć do historii kina undergroundowego oraz filmów spod znaku exploitation. Te realizowane poza systemem wielkich wytwórni i dystrybuowane w trzeciorzędnych kinach produkcje oprócz potężnej dawki tzw. „wstydliwych przyjemności” – seksu, przemocy i kumulacji gatunkowych klisz – zawierały treści, które rzadko mogły zaistnieć w mainstreamie. John Waters w swoich kolejnych dziełach z transwestytą Divine w roli głównej naigrawał się z zakłamanej moralności Amerykanów. W kręconych dla czarnoskórej publiki filmach blaxpoiation powracał natomiast temat działalności Czarnych Panter. Słowem – bunt rodził się na śmietniku. Rodziła się tam też często prawdziwa artystyczna wolność. Japoński reżyser Shinya Tsukamoto w „Tetsuo” – mającym teledyskową intensywność kolażu „monster movie” z pinku eiga oraz awangardowym „baletem mechanicznym” – bez kompromisów prześwietlał na wylot swój kraj, zżerany przez technologiczny fetysz oraz tłumioną seksualność. Na podobnej zasadzie funkcjonuje „Ostateczny termin”, który przenosi tę tradycję na polski grunt.
Diagnoza nie jest tu wesoła. Kolektyw IndeXXX pokazuje studentów z podobną bezwzględnością co Larry Clark wychowujących się na ulicy nastolatków w „Dzieciakach”. Zdawszy na prawo, główny bohater przybywa z prowincji do miasta pełen ambicji i z nadzieją, że spotka tam ludzi poważnie myślących o swojej przyszłości. W akademiku odkrywa jednak, że jego rówieśnicy to wydrążeni przez używki nihiliści: jeden z współlokatorów Marcina używa legitymacji studenckiej przede wszystkim do układania kresek z amfetaminy, drugi natomiast okazuje się seksualnym maniakiem, godzinami onanizującym się w jedynej działającej na piętrze toalecie. Sam akademik również pokazywany jest w sposób, który łączy skrajny weryzm z karykaturą: kamera ślizga się po pokrytych grzybem ścianach, zagląda do zasypanych gruzem łazienek, nurkuje w zatkanej zużytymi podpaskami muszli klozetowej.
Kiedy w budynku wybucha plaga syfilisu, studenci własnoręcznie barykadują wejście do „zakażonej strefy” i tylko co jakiś czas podrzucają chorym jedzenie oraz kondomy. Przerażony tym Marcin postanawia rzucić się w wir nauki, ale ta nie przynosi mu satysfakcji – całe dni spędzą w kolejkach do sekretariatu, cyfrowy chochlik wciąż blokuje mu konto w bibliotece, a wykładowcy wydają się być równie poczytalni, co śpiący na Plantach menele. W akcie desperacji bohater postanawia rozwikłać na własną rękę zagadkę morderstw, w myśl zasady: „Nie pytaj się, co uczelnia może zrobić dla ciebie; spytaj się, co ty możesz zrobić dla uczelni”.
„Ostateczny termin” to filmowy żart, ale w pewnym momencie projekcji można poczuć się, jakby ktoś niespodziewanie odciął dopływ gazu rozweselającego i zastąpił go sarinem. Jest w tej produkcji coś z syndromu Touretta: trudno wyciszyć w swojej głowie ten niekontrolowany strumień inwektyw, trzeba zacząć w końcu go słuchać i spróbować skonfrontować z rzeczywistością. Gdzieś między kolejnymi scenami kaźni „Ostateczny termin” pokazuje, jak strukturyzacja, której poddawane jest życie młodych ludzi (kolejne stopnie edukacji, przymus znalezienia sobie po studiach pracy i założenia rodziny), stała się pustym rytuałem. Kiedy bohaterowie pukają w fasadę złożonej z egzaminów i kolokwiów studenckiej codzienności, odkrywają, że zrobiona jest ona jedynie z tektury i kryje się za nią ciemność. Właśnie tak rodzi się nihilizm.
Realizacyjnie „Ostateczny termin” stoi na poziomie, który wykracza ponad poziom niezależnego horroru – owszem, jest to surowizna, ale w pełni kontrolowana, wręcz wycyzelowana. Kolektyw IndeXXX posiada ponadto niezwykle mocne (i równie mocno nacechowane ironią) wyczucie formy, co daje się zauważyć w ogromnym nagromadzeniu filmowych cytatów: akademik budzi natychmiastowe skojarzenia z kamienicą z „Lokatora”, studenckie marsze są wystylizowane na „Triumf woli”, a wędrówki wśród ponurych korytarzy uniwersytetu niosą ze sobą echo „Brazil”. Surową siłę tej produkcji wzmacnia jeszcze ścieżka dźwiękowa, na której zagrali tuzowie rodzimej ekstremy: Kriegsmachine, Infernal War, Antigama. Wszystko to sprawia, że seans „Ostatecznego terminu” stanowi ekwiwalent spotkania bandy rozjuszonych pseudokibiców. Boli, bo ma boleć.
W nielicznych oświadczeniach wydawanych na temat filmu przez władze polskich uczelni ze szczególnym potępieniem spotkał się jego finał, który nie pozostawia żadnej nadziei i nie rehabilituje świata przedstawionego. Widać w nim, jak Marcin – rok po wykryciu i zamknięciu sprawców rzeczonych morderstw – wchodzi do dziekanatu, aby dowiedzieć się, czemu na jego konto nie trafiły jeszcze pieniądze ze stypendium naukowego. Rezydująca tam kobieta mówi mu, że stypendium nie zostało przelanie i nigdy nie zostanie, bo Marcin błędnie wypełnił podanie i minął już ostateczny termin składania odwołań. Bohater zaciska pięści i odwraca się, aby kobieta nie zobaczyła, jak płacze. Nagle dostrzega leżące na krawędzi biurka nożyczki. Chwilę później ekran zalewa fala krwi, a nasze uczy atakuje utwór legendarnych punkowców z Siekiery zatytułowany „Idzie wojna”.
Oby ten tytuł okazał się proroczy i najbliższy rok przyniósł nam następne produkcje kolektywu IndeXXX.
• • •
Piotr Mirski – rocznik 1987, urodzony w Szczecinie, mieszka obecnie w Krakowie. Recenzent filmowy portalu Interia.pl. Publikował lub publikuje ponadto w „Kinie", „Filmie", „Dwutygodniku", „Kwartalniku Filmowym", „Polityce" (papierowej i internetowej), „Nowym Dzienniku", „Your Place", „Metrze" oraz kilku innych miejscach.
!!! MAKIETA !!!
?
!!! MAKIETA !!!
?
