Piotr Kletowski - Wampiry chłepczą śląską krew - polska wersja "Drakuli"
Polski horror jaki jest, każdy widzi. Błędem było by jednak uważać, że w 100 letniej historii polskiej kinematografii nie zdarzały się chlubne wyjątki. Mieliśmy (mamy) przecież reżyserów parających się zawodowo kinem fantastycznym, od czasu do czasu kręcących – mniej lub bardziej udane horrory – żeby wspomnieć tylko Janusza Majewskiego (Lokis), (....)
Marka Piestraka (Wilczyca i Powrót wilczycy), Marka Nowickiego (Widziadło) czy chyba najwybitniejszego reżysera polskiego kina grozy – Jacka Koprowicza, autora Medium i odkrywanego na nowo przez miłośników filmowej fantastyki niesamowitego Alchemika Sandiviusa (zrealizowane w 1989 roku elektryzujące dzieło łączące w sobie elementy filmu historycznego, horroru satanicznego i science – fiction!). Nie wolno rzecz jasna zapominać o prawdziwym wirtuozie kina grozy, bądź co bądź z polskimi korzeniami, Romanie Polańskim, reżyserze Dziecka Rosemary i Dziewiątych wrót oraz filmach, które może nie były horrorami wprost, ale wykorzystywały formułę kina grozy (vide Dolina Issy Konwickiego).
Wydawało się, że wraz z otwarciem Polski i polskiego kina na świat w latach 90. sypnie horrorami (w których można było zamknąć lęki i obawy polskiego społeczeństwa przed NOWYM). W zasadzie powstał taki film – Szamanka Żuławskiego, eksponująca sceny rodem z horroru (z finałową masakrą głównego bohatera przez kobietę i zjedzeniem jego mózgu), ale trudno byłoby nazwać ostatni (jak do tej pory) obraz Żuławskiego czystym kinem grozy.
Po 1989 r., jedynie w powstałym nurcie kina offowego zdarzały się tu i ówdzie produkcje horroropodobne (jak słynny pierwszy polski film gore – Obróbka skrawaniem), zaś w kinie głównego nurtu na palcach jednej ręki zliczyć by można filmy utrzymane w tej konwencji. Ostatnim, krajowym „wyskokiem” w stronę horroru – i to horroru wampirycznego – była Kołysanka Juliusza Machulskiego (gdzie zmarnowano dobry pomysł nie mogąc ostatecznie zdecydować się na właściwą konwencję). Szczęśliwe Machulski raz jeszcze wrócił do tematu, ale już jako producent (a że producentem bywa wyśmienitym, o tym każdy miłośnik Psów Pasikowskiego, Długu Krauze i kilku innych filmów może zaświadczyć), by zrealizować prawdziwie udany polski horror, który z honorem może bronić Polski w lidze najlepszych eurohorrorów: swojską wersję Draculi Brama Stokera!
Scenarzysta i reżyserem filmu jest Grzegorz L. – obiecujący reżyser młodego pokolenia, który jakiś czas temu popełnił bardzo ciekawy, niepokojący, utrzymany w konwencji kina grozy film, z oszpeconym Borysem S. w roli podejrzewanego o zbrodnię odludka, z którym zaprzyjaźnia się młody chłopak. Ta na wpół fantasmagoryczna opowieść, rozgrywająca się na Śląsku, zachęciła reżysera do stworzenia własnej wersji Draculi, przeniesionej z wiktoriańskiej Anglii do śląskich familoków i hałdowego krajobrazu, równie niesamowitego jak góry i doliny Transylwanii. Drakula (już nie Dracula, a właśnie Drakula), zasadza się na bardzo prostym pomyśle. Oto do małego, śląskiego miasteczka sprowadza się bajecznie bogaty, niemiecki biznesmen Von Horst (świetny Piotr A.). W szybkim tempie animuje mieścinę, ponownie uruchamia kopalnię (sprzedając wydobyty węgiel Chińczykom), dając zatrudnienie miejscowym bezrobotnym. Przybysz dba również o młodzież. Na uboczu, w opuszczonym i niszczejącym domu kultury (dawnym zamku książąt śląskich) organizuje dyskotekę, w której spragnieni różnorakich emocji nastolatkowie oddają się dionizyjskim przyjemnościom (z narkotykami i wyuzdanym seksem na czele). Wszystko wydaje się być OK, gdyby nie to, że prócz prosperity w miasteczku zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Giną bez wieści ludzie. Na cmentarzu ktoś rozkopuje groby. W piwnicach domów roi się od plagi szczurów. Sam Van Horst – mimo, że cieszy się uznaniem i wdzięcznością obywateli – zwykle nie pojawia się za dnia, a interesantów przyjmuje w nocy, swym infernalnym klubie. Śledztwo w sprawie zniknięć prowadzi miejscowy policjant Morcinek (Olaf L. – świetnie czujący się w śląskich klimatach, od czasu Pamiętnika znalezionego w garbie Kidawy–Błońskiego), ale jego poszukiwania nie przynoszą rezultatu. Sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy do miejscowej parafii przybywa nowy proboszcz – ksiądz Witold Nowak (w swej życiowej roli Piotr F.) – oddelegowany z Warszawy na prowincję. Ksiądz Witold zmaga się z własnymi demonami, zwłaszcza z pociągiem do alkoholu. Kiedy Morcinek znajduje pozbawione krwi ciało jednej z zaginionych dziewczyn, dodatkowo oznaczone dziwnymi, okultystycznymi znakami, zwraca się o pomoc do księdza Witolda. Wkrótce bohaterowie wpadają na trop okultystycznego stowarzyszenia, zaś kolejnym elementem w układance będzie Von Horst, który okaże się rasowym wampirem mordującym i wysysającym ludzką krew. Dojdzie rzecz jasna do finałowej konfrontacji, w której ściany infernalnej dyskoteki spłyną krwią i nie wszyscy bohaterowie wyjdą z niej cało…
Przyznać muszę, że z dużą dozą niedowierzania przyjąłem informację o tym, że śląska Drakula to wreszcie przełomowy dla polskiej kinematografii film grozy. Jednak uważna lektura tego, nad wyraz sprawnie zrealizowanego i autentycznie wzbudzającego strach filmu, z wieloma świetnie zainscenizowanymi scenami (jak choćby otwarcie filmu rozgrywające się w czasie II wojny światowej, w którym poznajemy Von Horsta jako SS-mana ściganego przez polskich partyzantów, czy też rzeczony, widowiskowy finał), rozwiało moje wątpliwości. To wreszcie świetny, polski, rasowy horror! Dodatkowo nie pozbawiony społecznego podtekstu, przywodzącego na myśl słynną Krew dla Draculi, z 1974 r., w reżyserii Paula Morriseya, gdzie krwiopijcą był również arystokrata ssący krew dziewczyn z plebsu. Lewandowskiemu udało się uchwycić w swoim filmie metaforyczny obraz współczesnej Polski, wciąż bezkrytycznie poddającej się konsumpcyjnej kulturze zawleczonej z Zachodu, której symbolem jest uwodzicielski, ale bezwzględnie zabójczy wampir.
Rzecz jasna można postawić zarzut, że rodzima Drakula to film grający i wzmacniający stereotypy, szczęśliwie jednak nie chodzi tutaj w pierwszym rzędzie o jakieś „straszenie Zachodem” ucieleśnionym przez szablozębne monstrum (zresztą to logiczne odwrócenie schematu fabularnego w książce Stokera, gdzie wampir był symbolem zagrożenia ze Wschodu – tym tropem poszedł np. Coppola, w swym wystawnym filmie z 1993 r.), ale o stworzenie rasowego horroru, pełnego krwi, przemocy i autentycznych emocji. A to właśnie udało się Lewandowskiemu, który jak żaden inny polski reżyser młodego pokolenia zna i doskonale wykorzystuje mechanizmy rządzące kinem grozy, opierając swój film przede wszystkim na konsekwentnym, pełnym zaskakujących zwrotów akcji scenariuszu, pełnokrwistych postaciach głównych antagonistów (nie są to jednowymiarowe „kukły” – Von Horst to istota tyleż przerażająca, co magnetycznie uwodzicielska, inteligentna i wyrafinowana; Nowak to człowiek skomplikowany, zmagający się ze swoją „mroczną stroną”, sprytnie wykorzystywaną przez przeciwnika) oraz elementem kluczowym w każdym udanym filmie grozy: atmosferą. Szczęśliwie reżyser nie powtórzył błędów innych polskich reżyserów, parających się kinem fantastycznym, i nie silił się na piętrzenie efektów specjalnych (które nawet w dobie CGI wyglądają w polskim kinie mizernie – vide Wiedźmin Brodzkiego), i przy kilku mistrzowsko zainscenizowanych, widowiskowych sekwencjach (w ich realizacji brali udział animatorzy z Platige Image Tomasza Bagińskiego, ci sami, którzy realizowali efekty specjalne do Antychrysta Larsa von Triera), postawił na umiejętnie budowane napięcie i ów stimmung emanujący niemalże z każdego kadru, przykuwający uwagę widza od pierwszej do ostatniej minuty tego krwawego ale i zrealizowanego z klasą spektaklu.
Udanym pomysłem było również ujęcie całego filmu w klamrę (opowieści gadającego gwarą Morcinka), czyniącą z tego śląskiego Drakuli film nad wyraz udany, wykorzystujący cały potencjał niesamowitej historii udanie przeszczepionej w polskie realia. Przy okazji film Lewandowskiego sprytnie gra z całym nurtem „filmów śląskich”, nie tylko robionych przez Kutza, ale również młodych twórców, traktujących Śląsk jako filmowy „rezerwat biedy”. Po latach wyczekiwania, mamy wreszcie w polskiej kinematografii rasowy, zrealizowany z wyczuciem, nie pozbawiony społecznego zamysłu horror.
O wartości filmu świadczy choćby fakt, że jako pierwszy polski film grozy został on zakwalifikowany do głównego konkursu MFF w Stiges. Trzymamy kciuki za jego powodzenie. Sam reżyser już zapowiada sequel swej produkcji.
• • •
Piotr Kletowski – filmoznawca, pracownik naukowy UJ i KA im. A. F-Modrzewskiego. Specjalista od Kubricka, kina azjatyckiego i wywiadów-rzek z outsiderami polskiego kina. Pisze monografię P.P. Pasoliniego. Ćwiczy aikido. Horror to jego ulubiony gatunek filmowy.
!!! MAKIETA !!!
?
!!! MAKIETA !!!
?
