Zgryz (2): Mag, wampir

Paweł Kaczmarski / Felieton

W dwóch polemicznych szkicach na temat gier wideo, które miałem okazję opublikować w ostatnich miesiącach na portalu Ha!artu1, jednymi z centralnych tematów okazały się – w sposób niekoniecznie zamierzony – kwestie specyfiki i granicy medium (medium gier i medium w…

O polityce i poezji, bezpośrednio

Aldona Kopkiewicz / Felieton

Droga Maju! Piszę do Ciebie, choć pewnie najlepiej byłoby Twoje teksty o poezji współczesnej zignorować; przemilczeć, by nie przydawać im wartości. W końcu zawsze się znajdzie ktoś, kto uzna, że teraz wszystkim pokaże, jak jest naprawdę, i wywróci stolik, przy…

Best friend forever

ZAVKA / Komiks

ZAVKA – jestem autorką komiksów i ilustratorką. Za komiks Głodny Jaś i żarłoczna Małgosia zdobyłam w 2016 r. „Złotego Kurczaka” w kategorii Rysunek. W maju 2017 r. komiks ten został wydany przez Wydawnictwo Centrala. www.behance.net/ZAVKA • • • Rysujesz komiksy…

Burdele cynamonowe

Dawid Juraszek / Felieton

Gdyby żył, miałby 125 lat. Rocznica urodzin Brunona Schulza to świetna okazja, by porozmawiać o naturze ludzkiej – i o seksturystyce. Lato. Poranek. Zaciągnięte zasłony. Podnoszę się z łóżka, sięgam na półkę pod oknem, biorę do ręki tom w twardej…

Feminizm jest nie dla mnie

Dominika Dymińska / Felieton

Ostatnio – zwłaszcza w internecie – zyskuje na popularności pewna ugładzona, popowa wersja egalitarnego, inkluzywnego feminizmu celebrującego kobiecość jako taką, we wszelkich jej formach, i zachęcającego do akceptacji, a wręcz do obdarzenia miłością własnego ciała niezależnie od tego, czy przystaje…

Intertekstualność jako przejaw błędów młodości (Maria Kądzielska, "Model")

Paulina Barańska / Felieton

Stanisław Barańczak wielkim tłumaczem i poetą był. Wszyscy o tym wiemy, a jak ktoś twierdzi inaczej, to się nie zna. Ale skoro już silę się tu na coś osobistego, to podziwiam go przede wszystkim za Książki najgorsze – cykl pamfletów…

Mój Stary: wypracowanie site-specific

Stroix / Felieton

Tekst ukazał się w albumie o historii Narodowego Starego Teatru wydanym przez Narodowy Stary Teatr. Dziękujemy za zgodę na przedruk.   Trochę nie wiem, co powiedzieć, bo ja w Starym Teatrze, no, tak jakby mieszkam. Nie tyle przychodzę, co nie…

Sztuka dla sztuki, zabawa dla zabawy

Anna Fiałkowska / Felieton

Nie jestem osobą pozytywną, to na pewno. Nie potrafię wypowiadać legendarnej frazy „będzie dobrze”. Niestety – zwracam raczej uwagę na to, co gorsze, niż na to, co lepsze, a przede wszystkim nie potrafię się w nic zaangażować. Oto moje wady.…

Przemytnicy [fragment]

Konrad Janczura / Proza

Od rana trzeba było towar rozwozić. Zajechali najpierw na Lubaczów, na ruski targ. Tam jest w centrum miasta taka stara miejscówa, gdzie się rozkładają handlarze. Kiedyś było ich więcej, ale gmina wygnała większość na przedmieścia. I tam nikt nie chodzi,…

Namaluj Popka

Shiv Kotecha / Książka

Książka w postaci malowanki, ale takiej, do której należy użyć własnej wyobraźni. Odmalowuje się tutaj – z pamięci! – postaci z obszaru popkultury, celebrytów i polityków. Pierwsza część składa się z nazwisk stu ludzi, których usiłuje odtworzyć podmiot. Część druga…

Życie literackie w Krakowie

Jacek Olczyk / Książka

Inspirująca podróż w czasie przez krakowskie życie literackie – od kawiarń Młodej Polski przez kultowe miejsca PRL-u po alternatywną cyberkulturę XXI wieku. Owoc wieloletnich badań Jacka Olczyka, który przeczesywał pamiętniki, korespondencję, dobrą i złą prasę, by stworzyć pierwszą tego rodzaju…

Między Placem Bohaterów a Rechnitz [fragment]

Monika Muskała / Proza

– Gdzie są ruiny zamku? – pytam młodego człowieka, który wysiadł właśnie z samochodu przed kościołem na niewielkim placu wyglądającym na centrum miejscowości.– Musi pani wrócić – odpowiada – zamek jest paręnaście kilometrów stąd, w Lockenhaus.– Ale tutaj też był…

Frontpage Slideshow | Copyright © 2006-2013 JoomlaWorks Ltd.

Karolina Plinta - Sztuka na gorąco (1): Artist wannabe

Redakcja

Przychodzą w życiu człowieka takie chwile, w których należy zadać sobie kilka kluczowych pytań i – nie zastanawiając się zbyt długo – od razu znaleźć na nie odpowiedź, nawet jeśli nie jest to do końca możliwe. Tak też było w moim przypadku: po pamiętnym skandalu z cycem na kopcu Kraka, (...)

w którym odegrałam dosyć dwuznaczną rolę taniej aferzystki spółkującej z artystycznym tandemem Bitka&Barszcz, szybko pojawił się przede mną nowy problem – jak w zasadzie podtrzymać ten status? 15 minut sławy – a może raczej 15 kliknięć na stronę mojego bloga – zostało osiągniętych, po czym ilość ta natychmiast zaczęła maleć. Co dalej? Pytałam sama siebie, bezradnie obserwując zastygające w bezruchu statystki.

Co gorsza, moje cyc machlojki szybko zostały przyćmione przez artystowski wywiad z Mirosławem Bałką na łamach Gazety Wyborczej, przeprowadzony z okazji trwania festiwalu ArtBoom. Tam to, z typową dla siebie nonszalancją artysta wyraził szczere przekonanie o najlepszejszości swojej sztuki. Wiadomo – jego prace nie są jakimś tam powierzchownym boom-boom, jak co poniektóre projekty zrobione na krakowski ArtBoom. Działania na Kopcu Kraka artysta skomentował: Cóż, sam nie jestem zwolennikiem naiwnych pomysłów w przestrzeni miejskiej. Takich, że zrobimy jakieś fiku-miku i to będzie fajne. Według niego, w sztuce liczy się znajomość kontekstu, tymczasem: Większość artystów ArtBoomu jest mniej niż bardziej związana z Krakowem, oni sami są tu na pozycjach turystów. A podejmowane przez nich tematy… Nie chciałbym używać słowa „płytsze” – mówi Bałka. Niby nie chce, ale jednak używa, a zaraz po tym zaczął wychwalać swoją pracę Auschwitzwieliczka, którą zrealizował w Krakowie w ramach pierwszego ArtBoomu. Ja nie uciekam od dzieła – przechwalał się artysta. Należy przyznać mu rację: jak wszyscy pamiętamy, Auschiwitzwieliczka jest tak wielkim i konkretnym dziełem, że w zasadzie do tej pory nie ma dla niego dobrego miejsca w Krakowie. Obiekt ten, choć może jakoś urzekający i ładny, ma jednak podstawową wadę: jest pracą o galeryjnym rozmachu, która swoją formą i rozmiarami nadaje się raczej do luksusowego dziedzińca muzeum niż jakiejkolwiek dzielnicy w Krakowie. Mieszkańcy Podgórza, których swojego czasu uraczono tunelem Bałki, natychmiast wszczęli protest, tak więc dziełło eksmitowano w odludną okolicę MOCAK-u. Tam sobie do dziś stoi, zapomniane, obsikane i obrzygane od środka, stanowiąc jedynie wyrzut i udrękę dla miasta. Jak więc widać, trudno uznać Auschwitzwieliczkę za przemyślanie dzieło site specyfic – jest dosyć nie-krakowskie, podobnie jak i sam Bałka, który w Krakowie jest tylko przyjezdnym. Skąd więc ta pewność siebie i upodobanie do dyskredytowania innych, nie-krakowskich artystów?

 

Mirosław Bałka

 

Nie owijając w bawełnę, po przeczytaniu wywiadu z Bałką poczułam szczere obrzydzenie do samczego egotyzmu, jaki zdawał się bić od wypowiedzi naszego artysty: oto nagle się okazuje, że jego projekty są najlepsze, Ponadczasowe, Głębokie… po prostu są to PRAWDZIWE, PORZĄDNE DZIEŁA (które ignorują otoczenie, ale co tam, przecież promieniowanie artystowskim ego jest najważniejsze), a wszelkie prace krytyczne lub efemeryczne interwencje są po prostu liche i powierzchowne. Przekaz wywiadu prosty i brzmi on mniej więcej tak: jestem Wielkim Artystą (rodz. męski), zajmuję się Sztuką [Wielką i Długą – kom. K.P.], a jakieś tam cycuszki są po prostu śmieszne.

Jak widzicie, w konkurencji z Bałką cyc afera nie miała żadnych szans. Cóż… życie nie jest sprawiedliwe: gdy przychodzi co do czego, polski kutas zawsze przysłoni swojską cipkę, nawet jeśli przybiera ona postać monstrualnego cyca.

No więc, co dalej? – pytałam sama siebie, smętnie przesuwając wzrok od monitora mojego kompa (a tam statystyki…) do okna, za którym majaczył konserwatywny Kraków (bez cyca). Przydałoby się jakoś zaskandalizować, tylko jak to zrobić, żeby nie popaść automatycznie w banał? Gdybym była pomysłową artystką, zapewne szybko wymyśliłabym aferę, która wstrząsnęłaby krakowskim światkiem. Jednak nie: jestem tylko jakąś tam krytyczką sztuki, a może nawet gorzej – po prostu blogerką (ten status sugeruje desperację i naiwność). Bądźmy szczerzy: jestem po prostu nikim i nie mam żadnej władzy – zatańczę tak, jak zagrają mi inni.

Trele morele! Kuku ryku! – zadźwięczała nagle moja komórka, a na wyświetlaczu pojawiła się wychudzona gęba Anety R., krakowskiej kurejtorki. Mogłaby wreszcie przytyć, pomyślałam nieprzychylnie jak zwykle, przy okazji jednak odbierając telefon. Wnioskując z tonu głosu, Aneta była bardzo zaaferowana: Słuchaj Plinta, jest sprawa – robię razem z Kubą W. grubą akcję artystyczną na Wawelu. Tak, dobrze słyszysz, Wawel! Wiesz, ile tam jest grobów świętych i patronów?! A my tam robimy serię akcji artystycznych, performance’ów i różne fiku-miku-ingerencje, kilkunastu artystów, słowem WIELKIE UDERZENIE sztuki, prawdziwe boom boom, Plinta! Koniecznie dzisiaj po południu bądź pod Wawelem, robimy kurejtorski spacer po dziełach, a ty wysmażysz recenzję, oczywiście przychylną. Pa!

 

Duch Anety R. Kuratorzy CSW Zamek Wawelski wyglądali tego dnia wyjątkowo niewyraźnie

 

W telefonie rozległo się ponure buczenie, a ja poczułam, jak mimowolnie unoszą mi się brwi: jak zwykle zostałam potraktowana jak pies, który przybiegnie, gdy pomacha się w jego kierunku kością. Wiadomo, przecież ja tylko piszę, odwalam chałturę, a to nie ma nic wspólnego z tworzeniem sztuki… Czy jest to prawda, czy nie, oceńcie sami – ja tymczasem już wychodziłam z domu. W końcu w tej całej grze i tak byłam tylko pionkiem… nie było sensu mówić nie.

Tym bardziej, jeśli akcja miała miejsce na Wawelu, szykowało się więc dosyć sensacyjne story: Wawel słynie z tego, że jest obszarem nietykalnym, do którego sztuka współczesna nie ma wstępu. Tylko Maszy „Paszy” Potockiej, słynnemu pani dyrektorowi, posiadającemu liczne znajomości i cieszącemu się dobrymi kontaktami z wszelakimi władzami w mieście, udało się zorganizować tam jakiś czas temu kiepską wystawę Edwarda Dwurnika – na tym zakończył się mezalians Wawelu ze sztuką współczesną, i nic nie wskazywało na to, żeby kiedykolwiek młoda sztuka mogła jeszcze zawitać do królewskich komnat.

Tymczasem niespodzianka – na Wawelu ma się odbyć wielki artystyczny boom! Co prędzej więc mknęłam ku wawelskiemu wzgórzu. Tego dnia był to jednak nie lada wysiłek – trwała już wtedy fala upałów i sam dotyk powietrza parzył. Po pięciu minutach spaceru byłam cała zlana potem, a przed oczami zaczęły wirować mi czarne mroczki. Od czasu do czasu wydawało mi się także, że majaczą tuż obok mnie dziwne kształty. Szczególnie niepokojące było widziadło na Plantach – przemykając pod jednym z wielu klasztornych murów, nagle wyraźnie zobaczyłam brykającego w krzakach knura. A może to była świnia? Gdy jednak podeszłam bliżej, nagle nadleciał desant gołębi, pikujący prosto w kierunku mojej głowy – trzeba więc było uciekać. W tym czasie świnia gdzieś znikła…

 

Ponury pochód na Wawel

 

Wycieczkowy lansik

 

Pomimo przeszkód, w końcu udało mi się dotrzeć na miejsce zbiórki, akurat w samą porę, aby wysłuchać wstępu kurejtorów. Przyszło całkiem sporo osób – wszyscy cierpliwie słuchali, pomimo zalewającego nas potu i malarycznych drgawek wywołanych przedłużającym się szokiem termicznym. Trudno ukrywać, że niektórzy z nas wyglądali jak trupy, w tym także sami kuratorzy; mimo to usadowili się oni w cieniu stojącego obok posągu Światowida i zaczęli z wolna snuć swoją opowieść. Warto zacytować jej fragment:

Drodzy przybysze, witamy was w CSW Zamek Wawelski. Zebraliśmy się tu wszyscy, aby odkryć jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic Wawelu – sekretną transmutację tej szacownej instytucji, nasyconej historią i pradawną symboliką, w ośrodek na wskroś nowoczesny, którego obraz ulega nieustannej zmianie wskutek interakcji z użytkownikami. Powszechnie zwykło się sądzić, że Wawel to skostniały grobowiec i nienaruszalny skarbiec, który pomimo upływu lat pozostaje ciągle taki sam – niezmienny, niewzruszony i nie zmodernizowany. Tymczasem przecież przez zamkowe wzgórze co roku przewija się kilka milionów turystów; Wawel to także miejsce pracy i życia wielu ludzi związanych z tą instytucją – ich obecność na Zamku sprawia, że miejsce to ulega nieustannym przemianom, poddając się sekretnej dynamice ludzkiego krwiobiegu. Ze względu na niebagatelną symbolikę tego miejsca, Zamek był także często obiektem politycznych manipulacji spójrzcie choćby na ten posąg Światowida, który stoi przed nami. Tak naprawdę nie jest to oryginalny posąg, lecz sfingowana psota PRL-owskich władz, które postanowiły podkreślić w ten sposób słowiańskie korzenie naszych przodków. Jego lokalizacja – naprzeciwko krzyża Katyńskiego – także jest znacząca… Z tego powodu do dziś słup Światowida jest atakowany, szczególnie chętnie przez nacjonalistyczne bojówki.

Faktycznie – gdy podeszłam bliżej, dostrzegłam na kamiennych płaskorzeźbach słupa wyraźne ślady po uderzeniach kamieni. Niektórym postaciom, wykutym na słupie, brakowało nosa, innym brwi. Jedna z nich mrugnęła do mnie okiem, reszta jednak zdawała się milcząca i martwa. Co ciekawe, pod posągiem bóstwa leżało mnóstwo darów od ukradkowych wiernych; niestety kuratorzy zapomnieli przygotować dary od nas, więc jedynie Cecylia Malik, wesoła krakowska artystka, złożyła u stóp bóstwa wypalonego peta.

 

Pod Światowidem

 

 

Dary i znicze pod posągiem Światowida

 

Po złożeniu darów wreszcie rozpoczęła się nasza wycieczka. Upalna pogoda miała na nas jednak ewidentnie niekorzystny wpływ: twarze większości były nieprzyjemnie czerwone i nabrzmiałe, gałki oczne wytrzeszczone… Zamiast dziarskiej wycieczki byliśmy więc bezładną, pijacką karawaną, otumanioną samą atmosferą Wawelu i dusznym powietrzem. Czasami ktoś próbował coś powiedzieć, ale milkł, znużony; ktoś się potknął, kto inny ziewnął, ktoś ukradkiem próbował podrapać się po tyłku… Słowem, weszliśmy na Zamek z krakowskim impetem. Jak jednak zauważyłam, nie byliśmy jedyną dziwną wycieczką tego dnia. Rozglądając się na boki, miałam nieustanne wrażenie, że coś jest nie tak – ludzie chodzili stłoczeni, niemalże sobie po plecach, zbici w szczelną wycieczkową masę. Wyglądało to trochę tak, jakby przez Wawel przelatywała co chwila chmara pszczół – z przewodnikiem-matką na czele.

Licho wie, o co tu chodzi, ale może na wszelki wypadek będę robić podobnie – pomyślałam i automatycznie zbliżyłam się do Anety i Kuby, którzy już opowiadali o pierwszej pracy z kolekcji wawelskiego CSW. Była to akcja Szymona Kobylarza, który postawił sobie za cel odnalezienie insygniów królewskich, rzekomo zaginionych podczas powstania kościuszkowskiego. Artysta, najwyraźniej opanowany wizją szybkiego wzbogacenia się złotem, zaczął obsesyjnie przeszukiwać wawelskie mury, wspinając się po nich i zaglądając do wszelkich zakamarków, jakie udało mu się wytropić. Oczywiście, nic nie znalazł. I choć kuratorka Aneta z zapałem opowiadała o projekcie, ja szybko zaczęłam ziewać, z konceptu Kobylarza bowiem ewidentnie wiało nudą. Panie Kobylarz, proszę pogodzić się z faktem, że tego złota tu nie ma, i znaleźć bardziej realistyczne źródło zarobku – rzuciłam cichcem.

 

Dokumentacja pracy Szymona Kobylarza

 

Naraz ktoś na mnie naskoczył. Ty mendo! – powiedziała jakaś małpa i z powrotem skoczyła na rosnące nieopodal drzewo. Jak się dowiedziałam, był to Kuba Skoczek, kolejny artysta z sekcji wspinaczkowej, autor projektu „Gmerk”. W ciągu minionego półrocza Skoczek dokonał nie lada wyczynu i zaprzyjaźnił się z miejscowymi budowlańcami, zajmującymi się robotami remontowymi na Wawelu. Stowarzyszył się z nimi na tyle, że niedługo po rozpoczęciu projektu byli już wszyscy w najlepszej komitywie – razem hasali po wawelskich rusztowaniach i popijali wódkę. Pomiędzy jednym kieliszkiem i drugim Skoczkowi udawało się niepostrzeżenie zostawić na jednej ze ścianek Wawelu kilka swoich gmerków. Teoretycznie, znaczki te zbytnio nie różnią się od znaków murarzy sprzed wieków… jest to jednak tylko złudzenie, ponieważ w rzeczywistości gmerki Skoczka zawierają ukryte odniesienia do symboliki masońskiej i alchemicznej. Co gorsza, ich prosta forma nawiązuje do purystycznej estetyki modernizmu (sztuka nowoczesna i Wawel – wiemy, że to połączenie niemożliwe). Gdyby panowie budowlańcy o tym wiedzieli… A co na to dyrekcja Wawelu? Przecież nie od dziś wiadomo, jak ważna jest dla niej ochrona katolickiej godności tego miejsca. Wygląda więc na to, że projekt Skoczka jest nielegalnym wyskokiem kolejnego zblazowanego artysty, który stara się sprofanować święte miejsce i wywołać tani skandal, przy okazji zyskując sławę. Typowa artistowska zagrywka…. Zaraz zaraz, czy nie przypadkiem ostatnio myślałam o czymś podobnym?

 

''Gmerki'' Kuby Skoczka

 

Kuba Skoczek

 

W czasie, gdy Skoczek zabawiał się na wysokościach, drinkując z robotnikami, niemalże kilka kroków dalej swoje gusła odprawiał Kuba W., tym razem jako artysta. Obiektem jego zainteresowania stała się samotna, pusta kolumna, która stoi tuż obok czakramu. Jej losy są dosyć tajemnicze – wystawiona jako wotum dziękczynne z okazji odzyskania niepodległości w 1919 roku, została później usunięta przez komunistyczne władze. Obecnie na zamkowym tarasie stoi jej kopia, a na jej szczycie – miniaturowa piramidka ustawiona tam przez sprytnego artystę W., tak mała, że właściwie nie widać jej z ziemi (3 cm). Niewidoczna piramidka W. jest kontynuacją przewrotnej interwencji Skoczka: piramidka nie tylko nasuwa skojarzenia z symboliką masońską i alchemiczną, ale także – znowu! – dzięki swojemu kształtowi czyni niebezpieczne aluzje do sztuki współczesnej. Dodatkowo, jest to także kryptopromocja artysty – oto bowiem zaledwie kilkanaście ulic dalej, w jednym z krakowskich lochów odbywała się właśnie wystawa Mundus Subterraneus, prezentująca prace sprytnego Kuby… jedną z prac była oczywiście piramidka.

 

''Trójkąt, którego nie widać'', czyli praca Kuby W.

 

Chytre wybiegi kuratora Kuby mogą budzić pewne wątpliwości: można z nich wyciągnąć wniosek, że artyści pracujący na Wawelu z dosyć dużą determinacją uprawiają artystyczną partyzantkę, działając jakby na złość wszelkim stróżom prawa i przyzwoitości. Podobną krnąbrnością wykazała się Magda Lazar, która próbowała zasiać na jałowych murach Wawelu dzikie rośliny. Efekt tych partyzanckich działań może nie jest zbyt zaskakujący (a może to sam pomysł jest oklepany?), jest za to skuteczny – obecnie mury są całe usiane kępkami zielska. Ale ale, czy na pewno są to niewinne chwasty? Podczas gdy my błogo kontemplowaliśmy krzaki, Kuba W. beztrosko rzucił, że tuż obok znajduje się praca Łukasza Surowca, słynnego plantatora koki. Pamiętacie może tego gościa, który dostarczał zapasy zioła na wszystkie lewackie imprezy Berlin Biennale? Tym razem Surowiec dobrotliwie postanowił zasadzić coś (co?) u stóp Wawelu, najwyraźniej stosując się do pamiętnej odezwy Jasia Kapeli, który w Berlinie postulował, że Polacy powinni być częściej na haju. Czy sadząc tajemnicze ziele w stóp Wawelu, artysta chciał dać do rozumienia, że także mieszkańcy Krakowa mają problemy z chillem? Fakt, po przeżyciach z cyc aferą muszę się z nim całkowicie zgodzić…

 

Magda Lazar, Siew rzutowy mokry, fot. Natalia Wiernik

 

Magda Lazar, Siew rzutowy mokry, fot. Natalia Wiernik

 

Gdzieś tam czai się zioło Łukasza Surowca

 

– Plinta, ty głupkuodezwała się Aneta R., najwyraźniej czytając mi w myślach. – Tu nie chodzi o zioło, tylko ideę history-memory! Surowiec nie zasadził tu żadnej koki, tylko drzewko z rodzinnego ogrodu w Głogowie Małopolskim.. – kontynuowała, ale ja wiedziałam swoje: history srory, a tymczasem ziele rośnie. W zasadzie, miałam wielką ochotę zejść tam na dół i urwać sobie krzaka; gdy jednak już szukałam zejścia, drogę znów zagrodziła mi obłąkana grupa przewodnicza, w której wszyscy ocierali się o siebie nawzajem.

– Czy widziałaś, jaką on ma skórę? Jak półbóg… – westchnęła młoda turystka od drugiej, przechodząc akurat obok mnie. Spojrzałam na przewodnika przed nimi – był to jakiś podstarzały satyr, owłosiony na plecach i z oponką sadła na brzuchu. Ble, co za gusta! Miałam ochotę powiedzieć coś tym dziewczynom i ostudzić ich zapał, wtedy jednak Aneta złapała mnie za rękę i odciągnęła od wycieczkowego tłumu.

– Dobrze, skoro jesteś taka ciekawska, zdradzę ci coś, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz – oczywiście, natychmiast przytaknęłam. Nigdy nie zdradzam niczyich tajemnic, szczególnie artystów, tudzież kuratorów – z tymi przewodnikami to jest tak, że oni tak naprawdę są częścią projektu Proszę podejść bliżej Michała Gayera… Wiesz, on kazał wszystkim przewodnikom wykonywać pewnego rodzaju performance – mają namawiać turystów, żeby podeszli do nich bliżej i bliżej, aż ich relacja zyskuje niemalże erotyczny wymiar. Dodatkowo, muszą oni codziennie używać wszelkiego rodzaju afrodyzjaków, czekolad czy też magicznych ziół, dzięki czemu ich ciała emanują erotycznymi sygnałami. Dzięki temu ich ciała stają się z jednej strony dziełami sztuki do oglądania, z drugiej – obiektami pożądania. Są jak chodzące akty żeńskie, rozumiesz…

 

Przewodniczka od tyłu. Turyści powoli zbliżają się do obiektu...

 

Hm. A więc tajemnica została wyjaśniona – czy jednak to sprawiło, że poczułam się lepiej? Stary satyr znów przemknął obok mnie – a za nim biegły rozchichotane nastolatki. Creepy.

W międzyczasie moja wycieczka powędrowała pod zamkową katedrę. Gdy dotarłam do nich, Kuba W. właśnie kończył opowieść o fontannie Justyny Gryglewicz, przygotowaną specjalnie na Noc Kupały. Zaskakujące – oczywiście nie było jej widać, ponieważ zasłaniały ją budowlane plandeki. Wszędzie tylko te budowy! A tyle się mówi, że na Wawelu nic się nie dzieje, tymczasem trwa tu nieustanny rozpierdziel, króluje prowizoryczność i tandeta. Choćby taki pomnik JPII, ustawiony tuż obok fontanny, a naprzeciwko wejścia do katedry. Niby nic się z nim nie da zrobić (niestety), a jednak codziennie odbywa się tam specyficzny rytuał. Jeden z artystów wawelskich, niejaki Łukasz Skąpski, dzień w dzień przychodzi pod pomnik papieża i zabiera z niego kwiaty – na znak protestu wobec kiczowego dzieła w samym sercu wawelskiego wzgórza. Niby nic, a jednak… Podobny przypadek ma miejsce w samej katedrze. Kto z turystów lub wiernych wie, że zanurzając palce w tamtejszej wodzie święconej, bierze równocześnie udział w akcji Cecylii Malik? Malik, artystka słynna z tego, że chodzi po drzewach, tym razem postawiła na wodę: w ramach ArtBoomu zorganizowała projekt 6 rzek Krakowa. Akcja na Wawelu jest kontynuacją tego projektu – artystce udało się namówić biskupa Sochackiego, aby jako wody święconej używać wody z Wisły. Jak twierdzi artystka, do tej pory nikt się nie zakaził.

 

Kwiaty pod pomnikiem JPII. Niedługo przechwyci je artysta

 

Wodna masa krytyczna

 

Szałowa sukienka Cecylii Malik

 

Przy wejściu do katedry czekała na nas kolejna niespodzianka. Podejrzewam, że wszyscy pamiętamy słynną legendę o kościach dinozaura, które wiszą nad wejściem – jeśli spadną, nastąpi koniec świata. Tymczasem ostatnio zauważono, że łańcuch podtrzymujący kości jest tak przeżarty przez rdzę, że lada moment kości spadną! Aby zapobiec katastrofie, sprytni księżulkowie wezwali na pomoc Mateusza Okońskiego, lokalnego artystę-malarza, po godzinach trudniącego się konserwacją. Okoński dostał nietypowe zadanie – stworzyć kopię kości i dokonać w nocy zamiany, przy okazji zdejmując także stare łańcuchy. Ta mistyfikacja była konieczna – lepiej było nie szerzyć paniki wśród polskiej gawiedzi, tak przecież skorej do wiary w wszelkiego rodzaju cuda lub też spiski. Okoński spełnił swoje zadanie – kości zostały okresowo wymienione, a łańcuch naprawiony. I wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie świński charakter artysty, który ma za złe ludziom, że nazywają go malarzem. Na złość miastu i światu, Okoński zostawił na prawdziwych kościach mikroskopijny napis – alea acta es. Słowem, naznaczył wawelskie kości katastroficznym przesłaniem (a może wyzwaniem?). Ech… warto dodać, że jest to typowe dla Okońskiego zagranie – rzucić wyzwanie i uciec, jak świnia. „Tak, jestem świnią” – przyznaje sam artysta, pytany o własną tożsamość; przynajmniej nie udaje, że jest kimś więcej, niż jest. Świnia to także ulubiony motyw artysty, który nawet na Wiśle postawił pomnik martwej świni leżącej na stosie. Wbrew temu, co piszą o świni niektórzy krytycy (nie zwykłam pokazywać na nikogo palcem, ale chodzi o Łukasza Gazura, żurnalistę „Dziennika Polskiego”), świnia wcale nie nawiązuje do historii istniejącej kiedyś nieopodal rzeźni – to jawny, chamski policzek wymierzony krakowskiej konserwie. Nie ma co udawać, panie Gazur! Artysta to świnia, a jego prace to po prostu knurze wybryki.

 

Artysta odgrywa się na mieście. Pradawna kość i zdjęcia z akcji świni Okońskiego

 

Zadowoleni spiskowcy siedzą na wawelskim wzgórzu i czekają na koniec świata

 

Zacieszka artysty i kuratorów. Koniec świata już blisko

 

Zresztą, wydaje się, że na Wawelu artyści próbują ścigać się w świńskości – taki oto koleżka Okońskiego, Piotrek Swiatoniowski, postanowił urządzić zbiorowy mord na krakowskich pustułkach zwyczajnych (Falco tinnunculus – łac. pusty, bezużyteczny, jałowy). Aby urzeczywistnić swój zamiar, Piotr S. stworzył zmutowanego genetycznie ptaka, falco-28XI, który z powodu mutacji jest w stanie przeżyć jedynie rok. Umiera dokładnie 28 listopada – jest to dzień bez znaczenia, kiedy nie przypada żadne święto. Na tym jednak nie koniec: oprócz zgonu, głównym celem falco-28XI jest przekazanie innym ptakom swoich wadliwych genów. Możecie się domyślić, jaki będzie rezultat tego eksperymentu w przyszłości – z roku na rok będzie co raz więcej ptaków, które 28 listopada zakończą swój żywot, aż w końcu z ich trupów powstanie apokaliptyczny deszcz. Nie jest wykluczone, że Swiatoniowski współpracował z Okońskim i te dwie świnie razem zaplanowały, jak wyglądać będzie koniec świata. I jakikolwiek będzie tej współpracy rezultat, jedno jest pewne – koniec nastąpi w Krakowie.

 

Piotr Swiatoniowski, projekt ''Falco-28XI''

 

Podpisy turystów - bohomazy czy dzieła sztuki?

 

Na tym tle dość blado wypadła druga akcja Piotrka. Na zamkowym dziedzińcu artysta postanowił poddać konserwacji bohomazy, jakie zostawiają od lat na jednej z poręczy turyści. Znaczenie tego pomysłu jest aż nazbyt proste (żeby nie powiedzieć banalne), pominę więc całość milczeniem. Przyznam także szczerze, że po godzinie czy dwóch na pełnym słońcu coraz trudniej było mi wydusić z siebie odrobinę empatii względem artystów i ich dziełek, czasem może i ciekawych (szczególnie, jeśli pojawiał się w nich motyw alkoholu lub śmierci, czyli dwóch rzeczy, którymi jestem jeszcze w stanie się zainteresować po pięciu latach historii sztuki), ale często także aż nazbyt przewidywalnych. Nic dziwnego, że gdy nasza wycieczka dotarła do kolejnego nieistniejącego dzieła, westchnęłam znużona. Znowu? Tym razem nasi przewodnicy zaprowadzili nas pod płot na jednym z dziedzińczyków, wskazali jakieś chwasty i wyjaśnili, że jest to niezrealizowany projekt Marty Sali i Wojtka Szymańskiego Ogrody Królewskie na Wawelu, w ramach którego miał powstać ogród, zakomponowany w formie minimalistycznych kubów. Jak jednak objaśnili kuratorzy, twórcy projektu pokłócili się z dyrekcją i postanowili przenieść swój projekt do Niepołomic, na Wawelu pozostając znacząco nieobecnymi.

 

Nierealizowana praca ''Ogrody Królewskie na Wawelu''. Jak widać, nic nie widać

 

W tym momencie jednak – na sam dźwięk nazwiska Wojtka Sz. – poczułam, jak pewne pokłady mojej cierpliwości dramatycznie się wyczerpują. Dosyć tego milusińskiego słuchania o wypierdkach krakowskich artystów, dosyć grzecznego kiwania główką i poklepywania siebie po pleckach! Dosyć, dosyć! Prawda jest taka, że tego Wojtka Sz. to ja znam, ho ho! Jak ja znam i od której strony, z jakich perspektyw! Toż to ja jeszcze jako niedawna studentka IHS UJ miałam (pewną) przyjemność chodzić na wykłady tego (ciągle jeszcze) młodego doktoranta; cieszy się on w naszym instytucie zaszczytnym przydomkiem „Szatański”, ze względu na swój złowieszczy charakterek i psotne pedziowskie harce, które chodzą mu ciągle po głowie. Oczywiście oficjalnie nie mam nic do Szatańskiego, ale wiecie – aura lansu, która bije od postaci Szatańskiego, jest naprawdę trudna do przełknięcia. Gdy Szatański rozpoczyna swój wykład, ma się nieodparte wrażenie, że oto zaczyna się wielki operowy spektakl: katedra nagle staje się sceną, bogobojne i zdumione studentki historii sztuki – publicznością, a on, Wielki Don Szatański – wielkim aktorem, odśpiewującym scenę swojego ostatniego upadku. Po takim spektaklu każda z nas czuła się miałka i gorsza, co by nie powiedzieć – powszednia… Oprócz tego, w trakcie swojej kariery studenckiej miałam wątpliwy zaszczyt stać się jednym z przedmiotów manipulacji Don Szatańskiego. Kiedyś, jeszcze zanim założyłam „Sztukę na gorąco”, Szatański przewrotnie obśmiał jeden z moich tekstów, organizując złośliwą wystawę Babka z piasku w Zbiorniku Kultury. Wystawa ta – teoretycznie prezentująca prace młodej krakowskiej artystki, Barbary Strykowskiej – w jakimś stopniu wymierzona była w mój niefortunny tekst, w którym była także wzmianka o Strykowskiej; symboliczną kulminacją szyderstwa była piaskowa górka, którą usypano w kąciku galerii. Oczywiście możecie łatwo się domyślić, do czyich słów i ocen owa górka się odnosiła.

 

''Babka z piasku'', zdjęcie z wernisażu. Na zdjęciu doborowe towarzystwo -  na przedzie Okoński, Strykowska i Don Szatański

 

Z dzisiejszej perspektywy, historia z Babką z piasku wydaje mi się nad wyraz sympatyczna; dwa lata temu wywołała we mnie jednak głęboką konsternację – czułam się co najmniej tak, jakbym nagle stała się bohaterką tandetnej opery mydlanej. Co gorsza, miałam niemiłe przeczucie, że w całym tym spektaklu przypadła mi rola sprzątaczki… Ach, te tanie krakowskie skandale! Czasami, gdy zastanawiam się, dlaczego stałam się autorką „Sztuki na gorąco”, mam wrażenie, że niebagatelną rolę w kształtowaniu mojego charakteru odegrało świńskie tutejsze środowisko i siarkowodór, jaki ulatnia się nieustannie z wszelkich sali i korytarzy Instytutu Historii Sztuki. Przekraczając jego próg, wszyscy stajemy się aktorami najniższej rangi.

Moje mroczne przypuszczenia potwierdził ostatnio sam Don Szatański. Kilka dni przed akcją na Wawelu musiałam bowiem pojawić się w Instytucie i – sprytnie unikając wszelkich kontaktów z koleżankami ze studiów – jakoś zdobyć zaliczenie u tego gada. Znalazłam go w końcu w jednym z gabinetów, gdzie siedział wyprężony na krześle i w zapamiętaniu patrzył w lusterko. Ku mojemu zaskoczeniu, na mój widok prawie się ucieszył – prawie, bo w zasadzie nadal przeglądał się w lusterku i z zachwytem opowiadał o swoim najnowszym fimie MS 101, który zrealizował wespół zespół z Karolem Radziszewskim. „Czyż nie jestem najpiękniejszy i czyż nie robię najgenialniejszych filmów na świecie, nawet jeśli są one wyjątkowo słabe? Oczywiście, wszystko to tylko pozory… w słabości siła” – szczebiotał do siebie Szatański, dyskretnie rozpinając bluzeczkę i muskając delikatnie tors. Ja tymczasem siedziałam po drugiej stronie stołu i z przerażeniem patrzyłam, jak znowu daję się wciągnąć w ten instytutowy spektakl – znów przeistaczałam się w pustą lalę, której plastikowy uśmiech miał wyżebrać od doktorancika zalkę. „Niezła z pani babka z piasku” – powiedział z zadowoleniem Szatański, po czym wpisał mi zal. – „Brawo brawo, nasza szkoła”. Oczywiście, na te słowa obiecałam solennie, że przyjdę na premierę filmu. No i cóż, poszłam i obejrzałam tą tandetną ciotodramę, starając się zachować przy tym jak najbardziej plastikową postawę i promienny uśmiech. Siedząc na widowni i cmokając z krakowska do wszystkich, z trudem przełykałam własną żałosność.

 

Gdy Szatański i Radziszewski kręcą film, ciężko się to ogląda. Oczywiście, jak twerdzi Sz., tak właśnie ma być... fajnie artim być

 

Zapewne zadajecie sobie pytanie, po co w zasadzie piszę to wszystko i dlaczego zanudzam was wynurzeniami o krakowskich klimatach. Hm, chyba chodzi o szczerość i ukazanie własnych uwikłań. Gdy bowiem stałam na wawelskim dziedzińczyku i słuchałam opowieści Anety i Kuby o projekcie Ogrody Królewskie, nie byłam w stanie pozbyć się upiornych wspomnień i odczuć, które opisałam powyżej. Sam projekt był na wskroś przewidywalny – postminimalizm i motyw ucieczki do odległej krainy to jedne z ulubionych tematów Szatańskiego, o których nieustannie rozprawia na swoich wykładach: ciągle tylko Włochy, Islandia czy kraina Oz, ach och, albo Wittgenstein, bo oczywiście on jest niemalże jak Wittgenstein, albo jak Thomas Bernhard, och, ech, niestety de facto jest tylko Wojtkiem Szatańskim, ale za to jakim Szatańskim, ech, ach, co najmniej – Don!

 

Typowy krakowski widok, czyli impreza w F.A.I.T.cie. Na zdjęciu widzimy znajome twarze, w tym także Szatańskiego

 

Gdy więc zobaczyłam kolejną odsłonę projektu, czyli zdjęcia z pikniku w Niepołomicach, nie czułam się zdziwiona: na zdjęciach widać było bandę rozhulanych chłopców, wszyscy co do jednego przegięci lekko. Skakali sobie oni w tych Niepołomicach, skakali… oj pozowali, artystowskie obrazki pozorowali, udawali, że są kimś więcej niż są… w środku tego stadka stał oczywiście zadowolony Szatański, który najwyraźniej wreszcie dopiął swego – miał tych wszystkich przegiętych chłopców dla siebie. Doprawdy, co za stary kocur z niego! Już ja wiem, co mu chodzi po tej jego kosmatej głowie: wypieścić się chce, z chłopcami popieścić i potrzymać za rączki pod przykrywką sztuki! Buzi dać to tu to tam, raz w policzek a raz w pupę, musnąć niechcący chłopięcy tors, zaśmiać się i pobiec w cień chłopca! I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie zanikająca gdzieś w tej zabawie postać artystki. Marta Sala niby była współautorką projektu, ale jakby jej tam nie było. Gdzie się podziała Marta Sala i co zrobił z nią Szatański, z którym, jak wiemy, pozostawała ona w pewnych stosunkach? Oto przecież sam Szatański napisał kiedyś, dawno, gdy organizował wystawę artystki w galerii AS:

Maila od Marty z propozycją zrobienia jej wystawy dostałem w trakcie, jak to się mówi, stosunku. Był to zresztą jeden z najbardziej wyuzdanych i dlatego pewnie najlepszych stosunków, jakie odbyłem tego roku na przednówku w Antwerpii. Z Martą pozostawałem, że tak powiem, w pewnych stosunkach (…)1

 

Piknik w MoMie Niepołomice

 

MoMa Niepołomice

 

Wesołe gierki w Niepołomicach

 

Szatański, ty koźle! Gdzie jest Marta Sala i jaki był jej udział w realizacji pikniku, z artystowska nazwanego MoMa Niepołomice (żenujący tytuł)? Problem ten do dzisiaj nie został wyjaśniony, najwyraźniej po prostu nie pasowała do reszty. A może robiła zdjęcia chłopcom? No, to by może było jakoś interesujące…

Muszę przyznać, że styczność – nawet taka znacząco nieobecna – z postacią Szatańskiego tak mnie wykończyła, że zupełnie przegapiłam inną pracę, należącą do Agnieszki Piksy. Utykała ona coś na ścianach, jakieś mapki z chińskimi znakami nam dała, ale w zasadzie nie mogłam się na tym skupić, tak niezwykle byłam rozkupiona przez Szatańskiego (kocur! kozioł!). Także ostatnia praca z kolekcji CSW Zamek Wawelski nie do końca do mnie trafiła – może dlatego, że już w samym swoim założeniu był w niej jakiś nadmiar? Michał Hyjek i Piotrek Sikora postanowili bowiem stworzyć Bombę informacyjną, która miała być prywatną siecią bezprzewodową, dostępną między innymi u stóp wawelskiego wzgórza. Jak twierdzili chłopaczkowie, dzięki bezpłatnemu dostępowi do WiFi każdy zainteresowany mógł dostać się do sieci i poznać kilka teorii spiskowych na temat Wawelu (np. o pozostawionej tu przez Hansa Franka bombie). „Żeby wejść, należy zastukać kołatką w drzwi” – oznajmili chłopaczkowie. Niestety, na miejscu okazało się, że nawet oni nie wiedzą do końca, gdzie owe drzwi są, cała akcja skończyła się więc na bezradnym bieganiu po wzgórzu. Co do mnie, oczywiście nie miałam przy sobie smartfona, niezbędnego do połączenia z siecią – tym bardziej więc prychnęłam niechętnie na to dziełło. Wymuszony projekt, a na dodatek nigdy nie ufałam do końca Piotrkowi S. Chłopca tego znam od nienajlepszej strony, jako mistrza lansu i nieznawcę sztuki, zawsze skorego żeby wypromować jakiś szit i zabłysnąć w blasku innych. Co gorsza, jest on krytykiem sztuki/poetą i grafomanem w jednym, i na dodatek robi z tego swój fetysz. Gdy więc on i jego kolega Hyjek biegali za swoim WiFi, ja już szykowałam się do opuszczenia tego zacnego gronka.

Już byłam w połowie stawiania kroku, gdy nagle podszedł do mnie świnia-Okoński. Miał chytry wyraz twarzy i widać było, że znowu coś knuje.

– Cześć Plinta, mam dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia. Jak może wiesz, już niedługo startuje nowy Zbiornik Kultury i tak sobie pomyśleliśmy o Tobie, tego, hm, że mogłabyś z nami współpracować, jakoś. Poziom twojego hejterstwa wydaje się być szytym na naszą krakowską miarę, mamy więc dla ciebie propozycję: zostań naszym żywym dziełem sztuki! Byłoby fajnie, gdybyś przychodziła na każdy wernisaż w Zbiorniku i robiła coś kompromitującego. Mogłabyś dłubać w nosie, pluć na dzieła albo śmiać się ludziom prosto w twarz. Prosimy… Potrzebujemy tego!

Szczerze, propozycja Okońskiego wcale nie poprawiła mi humoru. Poczułam się mniej więcej tak, jak zwykle, czyli niedoceniona i niezrozumiana. Okoński jednak wydawał się zadowolony, już miał iść, gdy nagle odwrócił się do mnie:

– Acha, i jeszcze coś – gdy już oplujesz wszystkich wokoło, najlepiej by było, gdybyś stanęła na środku, wyskoczyła ze swoich fatałaszków i pokazała wszystkim, co tam chowasz pod spódnicą. No co? Słyszałem, że to twój popisowy numer – rzucił przez ramię, po czym oddalił się świńskim truchtem.

Panie Okoński, mogę już teraz – a tak! – zaspokoić pana ciekawość. Jak każda porządna prowincjonalna dziewczyna, pod spódnicą chowam widły. I na tym w jakiś sposób kończy się moja artystowska przygoda.

 

CSW Zamek Wawelski

28.06.2012 Wzgórze Zamkowe, Kraków

Kuratorzy: Aneta Rostkowska i Jakub Wojnarowski

 

Online za darmo

ha-art-52-4-2015
Najntisy  Wśród autorek i autorów: Jakub Baran, Jan Bińczycki, Aldona Kopkiewicz, Steve Naumann, Jakub Majmurek, Kaja Puto, Ziemowit Szczerek i...Więcej...
literatura-polska-po-1989-roku-w-swietle-teorii-pierre-a-bourdieu
Nadrzędnym celem projektu był naukowy opis dwudziestu pięciu lat rozwoju pola literackiego w Polsce (1989–2014) i zachowań jego głównych aktorów (pisarzy...Więcej...
113983
Piotr Marecki / Leszek Onak / SOYT!NBG

113983

113983 to liczba plików na laptopie Piotra Mareckiego w dniu 12 stycznia 2017 roku. W ciągu kilkunastu minut zostaje podjęta próba podniesienia ich...Więcej...
liberatura-czyli-literatura-totalna
Dwujęzyczny zbiór tekstów teoretycznych i programowych głównego twórcy i teoretyka liberatury – Zenona Fajfera, zredagowany i przetłumaczony na język...Więcej...

Czasopismo

ha-art-56-4-2016

Ha!art 56 4/2016

W Polsce, czyli nigdzie Wśród autorek i autorów: Dezydery Barłowski, Claudia Ciobanu, Steve Naumann, Kaja Puto, Ewa Maria Slaska, Lynn Suh, János Térey, Jakub Wencel i inni.
Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information