Immunizacja. Albo o przyszłości nauk humanistycznych

Maciej Topolski / Felieton

Deszyfracja miejsca uniwersytetu   Z wielu stron dochodzą do mnie głosy o problematycznej suwerenności uniwersytetu, a mówiąc ściślej – nauk humanistycznych. Są to głosy podnoszone zarówno przez tych, którzy pozostali w murach instytucji akademickiej, jak i tych, którzy znaleźli się…

Ha!artoons. Wróbel rysuje książki (30): Dave Goulson, "Żądła rządzą"

Olga Wróbel / Komiks

Książki są bardzo fajne, ale długo się je czyta, a potem w głowie i tak zostaje jeden obraz, góra dwa. Dlatego skracamy ten łańcuch i od razu dajemy wam esencję – i to w ładnych kolorach.        …

Do -55% zniżki na nasze e-booki na ebookpoint.pl

Promocja /

Razem z ebookpoint.pl mamy dla Was spoko ofertę: tylko do 22 czerwca e-booki Ha!artu (m.in. Janczura, Obrist, Olczyk, Shuty i Szczerek) przecenione nawet o -55%!

Czarna Chata, biała willa, pół bliźniaka i martwa dziewica

Aldona Kopkiewicz / Felieton

Jeżeli kwiecień był miesiącem apokaliptycznej medytacji nad wybujałością natury, maj okazał się miesiącem znaków; znaków na tyle tajemniczych, że bez przesady możemy nazwać ten czas okultystycznym. Był to czas obrazów niosących komunikaty nieczytelne, wymagające wiedzy niekanonicznej, a właściwie: wglądu, intuicji…

"Moja książka to autentyk, wszystko w niej zawarte jest prawdą" - Marecki rozmawia z Orszulewskim

Dariusz Orszulewski / Piotr Marecki / Rozmowa

W postępujących mrokach Brexitu Piotr Marecki porozmawiał z Dariuszem Orszulewskim o początkach polskiej emigracji na Wyspach i o genezie dokumentujących je Zjednoczonych Sił Królestwa Utopii, będących prawdopodobnie ostatnią polską powieścią emigracyjną.   Piotr Marecki: Czy Zjednoczone Siły Królestwa Utopii to…

Przemytnicy [fragment]

Konrad Janczura / Proza

Od rana trzeba było towar rozwozić. Zajechali najpierw na Lubaczów, na ruski targ. Tam jest w centrum miasta taka stara miejscówa, gdzie się rozkładają handlarze. Kiedyś było ich więcej, ale gmina wygnała większość na przedmieścia. I tam nikt nie chodzi,…

Namaluj Popka

Shiv Kotecha / Książka

Książka w postaci malowanki, ale takiej, do której należy użyć własnej wyobraźni. Odmalowuje się tutaj – z pamięci! – postaci z obszaru popkultury, celebrytów i polityków. Pierwsza część składa się z nazwisk stu ludzi, których usiłuje odtworzyć podmiot. Część druga…

Życie literackie w Krakowie

Jacek Olczyk / Książka

Inspirująca podróż w czasie przez krakowskie życie literackie – od kawiarń Młodej Polski przez kultowe miejsca PRL-u po alternatywną cyberkulturę XXI wieku. Owoc wieloletnich badań Jacka Olczyka, który przeczesywał pamiętniki, korespondencję, dobrą i złą prasę, by stworzyć pierwszą tego rodzaju…

Między Placem Bohaterów a Rechnitz [fragment]

Monika Muskała / Proza

– Gdzie są ruiny zamku? – pytam młodego człowieka, który wysiadł właśnie z samochodu przed kościołem na niewielkim placu wyglądającym na centrum miejscowości.– Musi pani wrócić – odpowiada – zamek jest paręnaście kilometrów stąd, w Lockenhaus.– Ale tutaj też był…

Frontpage Slideshow | Copyright © 2006-2013 JoomlaWorks Ltd.

Karolina Plinta - Sztuka na gorąco (5): Bitwa o ceezwuu

Redakcja

To był jeden z ostatnich dni lata w stolicy: w sztuce, jak i w Wiśle, trwała nieustająca posucha. Tylko na ulicach, za sprawą budowy metra i eksperymentów przy rurach kanalizacyjnych, trwała nieustająca powódź. Znana krakowska hejterka, niejaka Plinta, siedziała w jednym z warszawskich barów i dumała nad swoim losem, od czasu do czasu myśli zagryzając frytką.

Wyjątkowo, jej degustacja nie wynikała z wrodzonego łakomstwa: od tygodnia wałęsała się po Warszawie, robiąc riserdż do sensacyjnego reportażu o frytkach belgijskich, jaki zlecono jej w redakcji X. Doszły nas słuchy, że nastała moda na frytki – rzekła jej raz z przejęciem redaktor naczelna. – Idź to sprawdzić. Degustuj i rób zdjęcia frytkom, szczególnie belgijskim! Od tamtej pory Plinta zdążyła obejść wszystkie frytkarnie w mieście i odkryć, że dwie z nich cieszą się szczególną popularnością: budka okienkowa na ulicy Polnej i zakład frytkarski na ulicy Złotej, w którym stołuje się (ponoć) sama Dorota Robaczewska, alias „Doda”. Na wieść o celebrytce zajadającej frytki cała redakcja dostała spazmów: Plinta natomiast dostała bezwzględny nakaz siedzenia w frytkarni i polowania na gwiazdę. Bez zdjęcia frytki z Dodą możesz nie wracać – rzuciła jej na odchodnym naczelna.

Dzięki superpoufnym przeciekom Plinta wiedziała, że Doda pojawia się na Złotej najczęściej w piątek koło godziny piętnastej. Nie mając nic lepszego do roboty, postanowiła czaić się na gwiazdę już od południa. Obecnie zegar wskazywał w pół do trzeciej; Dody ciągle nie było. Plinta znudzona zagryzała frytki – jej myśli dawno odpłynęły ku nieprzyjemnym dywagacjom egzystencjalnym. Z goryczą myślała o błyskotliwej karierze w mediach mejnstrimowych, jaką miała w niegdysiejszych planach robić; sporym niepokojem napawała ją także jej topniejąca popularność na fejsbuku, której w zasadzie nigdy nie osiągnęła; trudno jej nawet było powiedzieć, jak ta popularność miała by wyglądać, biorąc pod uwagę jej dosyć odpychający stajl. Dodatkowo, nad głową wisiały jej dwa zaległe teksty o niczym, jakie zobowiązała się wyprodukować dla korporacji PFF! i pewnej poznańskiej lanserki, Kasi Wczambuł. Deadline dwóch tekstów zbliżał się nieubłaganie, tymczasem Plinta nadal miała pomysł tylko na jedną opowieść. Biorąc pod uwagę, że ta historia właśnie się tworzy, to w zasadzie nie mam już żadnych pomysłów w zapasie – pomyślała nerwowo Plinta i spojrzała na zegar. Do trzeciej brakowało pięciu minut. Najlepiej będzie, jak pójdę na basen i pomyślę o tym drugim story. A przy okazji, trochę ruchu się przyda, najwyższa pora schudnąć – Plinta zeskoczyła ze stołka, spojrzała krytycznie na swoją figurę w lustrze i opuściła lokal przy Złotej.

***

Tego dnia Warszawa huczała od plotek: słynna gwiazda porno popu, Dorota Robaczewska alias „Doda”, wpadła w piątek po piętnastej do jednego z barów frytkowych w centrum razem ze swoim producentem i zamówiła podwójną porcję frytek typu „Uśmiechnięte buźki”. Obiad, w otoczeniu stołecznych paparazzi, byłby niezwykle udany, gdyby nie niemiłe odkrycie gwiazdy: sos, który podano jej do frytek, był wyraźnie zepsuty. Rozjuszona Doda rzuciła sos w kierunku kelnera – niefortunnym zbiegiem okoliczności trafił on jednak na nowy krawat jej producenta, który natychmiast oddał jej cios z nawiązką, wykrzykując, że wszystkie jej piosenki to prostacki playback dla tłuszczu (tłuszczy?). Nie minęła chwila, gdy w słynnym barze na Złotej wybuchł frytkarski bitchfight z sosem barbekju w roli głównej. Jeszcze tego samego wieczora, w głównym wydaniu Faktów nad faktami dumni prezenterzy pokazali wielkie zdjęcie cycków Dody, wysmarowanych tą dwuznaczną mazią. Zdjęcie to zresztą natychmiast zaczęło krążyć po internecie w formie mema, na którym jeden z cycków żartował z drugiego. Wymowa mema, wiadomo, była bardzo zabawna, i mem ów długo święcił triumfy na licznych fejsbukowych wallach.

***

Po powrocie z basenu Plinta odpaliła kompa i zaczęła szukać inspiracji dla swojego kolejnego sensacyjnego story. Nie było to łatwe – dziwnym trafem, zamiast na ciekawe info ze świata sztuki, wszędzie natykała się na cycki Dody. Zniechęcona, już miała iść do lodówki; nagle jednak na jej fejsbukowym koncie zamigała znajoma ikonka messydżu – było to zaproszenie na najnowszy wernissage w stolicy:

 

XOOOOOOOOOOOO
CEEZWUU ZUJJ
zapro ciebie biczo na
YOU TUBE PARTY//ZAARADNY GOMULICKI
ft.
FREEDOM CLUB//DJ SHLAGGA

 

Kiedy: dziś teraz
Co: koktajle zakąski muza i inne brabancje (w tym spory kawał artu)

 

Widząc to zaproszenie na swojej skrzynce, plintowskie ego poczuło się mile połechtane: kto by się spodziewał, że taka Plinta jak ona także dostanie osobiste zaproszenie na huczne, zujowskie party? Nie myśląc zbyt długo, słynna blogerka rzuciła się do szafy i zaczęła starannie dobierać elementy wieczornej kreacji; niedługo po tym mknęła już w kierunku ceezwuu.

 

 

Oczywiście, radość Plinty była wynikiem jej daleko posuniętej naiwności – nasza najsłodsza hejterka najwyraźniej nie chciała pamiętać, że tego typu zaproszenia na fb dostaje w zasadzie każdy, bez względu na to, kim jest i co robi. Z wyraźną determinacją łudziła się, że ktoś tam na nią czeka i niecierpliwie wygląda, aby ją – Plintę – z celebracją przywitać i wręczyć usłużnie drinka.

Gdy jednak dotarła do ceezwuu, jej barwny potok imaginacji jak zwykle zamienił się w swojskie, fejmowe błotko: oto bowiem zamiast czerwonych dywanów i alkoholowych trunków, przed wejściem wiła się długa kolejka hipsterów, wystrojona w sensacyjne łaszki z second handu i już na wstępie strzelająca sobie wzajemnie słit focie. Czy to możliwe, że oni także otrzymali takie samo zaproszenie jak ona?… Cóż za upokorzenie – pomyślała Plinta. – Ja dreptająca usłużnie za tą bandą pajaców. Po tych wszystkich cierpieniach, jakich doznałam na blogu?!? Trzeba będzie jakoś ominąć tę kolejkę i wepchnąć się na party… Sprawa jednak nie była taka prosta: jak dostrzegła słynna blogerka, wejście do ceezwuu były pilnie strzeżone, a bramkarzem był nikt inny, jak sam Gruby Olek, młody kolega krytyk (gwiazda takich tytułów jak SHMIRO i Pasyvist!) i zażarty przeciwnik Plinty.

Historia konfliktu Olka z Plintą sięga co najmniej kilku miesięcy wstecz, kiedy to Plinta na swoim blogu ostentacyjnie oskarżyła Olka o tani lans i wygrzewanie się w cieniu Penerstwa – jak się wydaje, Gruby Olek do tej pory jej nie przebaczył, ilekroć bowiem widzieli się na fejbuku, ochoczo siebie dissowali. To oczywiście nie przeszkadzało Plincie; pomimo upływu czasu, nadal uważała Olka za mdławego lansera (żeby nie powiedzieć: Justina Biebera polskiej krytyki artystycznej), stan walki wydawał się więc czymś oczywistym. Teraz jednak, stojąc w długiej kolejce do bram ceezwuu, poczuła, że okoliczności jej nie sprzyjają: nieprzyjemny wzrok Olka wyraźnie sugerował, kto tu na pewno nie zostanie wpuszczony.

 

 

– Ej, a właściwie na jakiej zasadzie tutaj dokonuje się selekcja? – spytała Plinta stojącego przed nią hipstera. Był wyraźnie znudzony, a skierowane do niego pytanie dodatkowo go zniecierpliwiło.
– Cóż… ponoć trzeba wymienić tytuł jednej piosenki, którą ostatnio się jarałeś – prychnął, po czym uśmiechnął się zjadliwie. – Ale oczywiście nie byle jakiej. Nie myśl, że przejdziesz mówiąc coś np. o Azeali Banks. Sorry, to już mejstrim – zarechotał hipster, widząc twarz Plinty, znacząco pogrążającą się w zmarszczkach. – Oj, laleczko, coś tak sobie myślę, że tym razem nie dasz rady… Powiedz mi, kiedy ostatni raz czytałaś Lineouta, dziewczynko? – spytał, ostentacyjnie nie kryjąc wzgardy wobec swojej pasterskiej rozmówczyni.

Tymczasem Plinta, z początku lekko zafrasowana całą tą sytuacją, szybko otrzeźwiała: wszelkie hejty zawsze działały na nią pobudzająco i mobilizowały do działania. Zamiast więc stać usłużnie w kolejce, znacząco nastąpiła hipsterowi na nogę i zaczęła się przepychać. Przepraszam… ja byłam pierwsza… gdzie z łapami!? – warczała na prawo i lewo blogerka, aż w końcu dostała się przed wyglancowane oblicze Olka.

– Piosenka?… – spytał złowieszczo Gruby.
– Gangnam Style! – syknęła Plinta, po czym wycelowała czubek swojego bucika w olkowe krocze. Gdy młody krytyk zwijał się z bólu, Plinta triumfalnie wkroczyła do galerii.

 

 

Trudno powiedzieć, czy takie zachowanie jest godne krytyczki sztuki – przemknęło Plincie przez głowę, jednak jak zwykle postanowiła przemyśleć tą kwestię później. Zresztą, warto było połamać kilka reguł, żeby zobaczyć nowe oblicze ceezwuu, które ukazało się wszystkim tego wieczora. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ponure sale ZUJa rozjarzone były feerią dyskotekowych barw, stanowiących idealne tło dla wyhipsterzonych kreacji uczestników party. Chodziły słuchy, że po części była to zasługa Keda Olszewskiego, który w czynie społecznym zainstalował tu kilka migotliwych betoniarek, w wyrobie których się specjalizował. Faktycznie, parę egzemplarzy takowych czaiło się w kątach, pracowicie mieląc konfetti, które co chwila wystrzeliwało w kierunku rozbawionych partowiczów.

 

 

W całości widać było jednak wyraźny wpływ Maurycego Gomulickiego, czołowego artysty top trendy: na każdej ścianie, niczym grzyby po deszczu, wyrastały różowe cycuszki lub diamenciki. Pomiędzy gośćmi z kolei żwawo uwijały się roznegliżowane kelnerki, ubrane tylko w odblaskowe bikini i podające chętnym kieliszki wina. Zgodnie z zamysłem artysty, dancefloor znajdował się na dziedzińcu; na jego środku stał gigantyczny, z lekka chiński stół do didżejki oraz ekran, na którym już migotały najróżniejsze hot wizualizacje – w przeważającej większości były to rosyjskie produkcje, zachwycające swoim folkowo-plastikowym urokiem. Przy stole stali Maurycy i Anna; oboje byli już całkowicie rozkręceni i okręcali się wokół własnej osi, wstrząsani spazmatycznymi drgawkami.

 

 

Jak możecie zapewne się domyślić, na ten widok Plinta stanęła jak wryta i uśmiechnęła się głupio. Takie rzeczy zawsze robiły na niej ekstremalnie duże wrażenie; ani się obejrzała, a już sama lekko potrząsała pośladkami, najwyraźniej nie bacząc, że może spotkać kogoś znajomego. Hop! – pisnęła do siebie radośnie, i wtedy oczywiście pojawił się przed nią nikt inny, jak Kasia Wczambuł, poznańska lanserka, której Plinta nadal wisiała tekst.

– Hop hop, Plinciaszku, jak tam idzie pisanie tekstu dla mnie? – spytała lekko uszczypliwie lanserka.
– Cóż… myślę nad tym…. – rzuciła Plinta, i było to oczywiście kłamstwo. Doskonale wiedziała, że nie wpadnie na żaden ciekawy pomysł; aktualny zastój w krytycznym dyskursie nie sprzyjał jej popowej produkcji. Dodatkowo, jak twierdziła lanserka, w jej piśmie nie można było zamieszczać żadnych gifów – Plinta tymczasem nie wyobrażała sobie swojej pisaniny bez gifów. Wczambuł najwyraźniej nie domyślała się podstępu; zamiast dalej naciskać, szybko zmiękła i spytała przyjaźnie:
– A ty w jakiej kategorii jesteś? – po czym wskazała na plakietkę na klapie swojej marynarki, na której widniał brokatowy napis „KASIA WCZAMBUŁ, OBURZONA”.

Jak się okazało, każdy legalny wizytor zujowskiego party dostawał na wejściu plakietkę z własnym imieniem, nazwiskiem i kategorią społeczną, z jaką się utożsamiał. Wczambuł, jak i większość obecnych w ceezwuu, należała do Oburzonych; czasami w ich tłumie przemykał jakiś reprezentant Ustawionych (np. panowie z legendarnego pisma „Raster”); szczególnym blaskiem promieniowali z kolei tzw. Nagrodzeni, którzy trzymali się ewidentnie we własnym gronie. Zdawali się przy tym mocno osaczeni przez resztę uczestników party, bez żenady poszczypujących ich w pośladki. Może z tej racji Nagrodzeni ustawili się w ścisłym kółku (w środku którego brylowali Karol Sienkiewicz i Dorota Jarecka), ignorowali uparcie otoczenie i śmiali się tylko z własnych żartów.

Plinta jednak, jako że znokautowała bramkarza, wymykała zarówno tym, co i wszelkim innym kategoriom. Widząc pytające spojrzenie Wczambuł, bąknęła cicho:

– No wiesz… ja jestem Plinta, Self-made Celebirity.
– Ha ha, Plinciaszku, tak cenię twój humor! – Wczambuł poklepała protekcjonalnie Plintę po pleckach. – Wiadomo, ideologia DIY nigdy się nie starzeje.
– No tak, w końcu mamy kryzys… – przytaknęła energicznie Plinta.
– Tak czy siak, tym bardziej pamiętaj o txtcie, pliska end papatki, beejb! – rzuciła Wczambuł, po czym znikła w tłumie. Najwyraźniej kategoria Plinty trochę ją zniechęciła…

 

Tymczasem performance Zaradny i Gomulickiego rozkręcał się w najlepsze: w rękach Anny ni z tego ni z owego znalazł się szampan, który donośnie wystrzelił. Gomulicki skwitował to kaskadą śmiechu i wstrząśnięciem bioder. Ktoś nieobeznany ze sztuką współczesną mógłby pomyśleć, że jest to tylko kolejna impreza w radosnym stylu studenckiego klubu Proxima; jak jednak głosiła kuratorska notka, był to starannie przemyślany performance o charakterze free improv; puszczane teledyski z YouTube’a tworzyły na zujowskiej ścianie spektakularny wideokolaż, a działania artystów – co było szczególnie istotne – nie opierały się „na rywalizacji, lecz na intensywnym feedbacku i stawiały na pierwszym miejscu kontakt widowni z dwojgiem performerów”.

 

 

 

 

– Kurwaaa, taaańczyć! – wrzasnął performer, najwyraźniej starając się wywołać jakikolwiek feedback. Widownia jednak zbyt była zajęta sobą i plotkami, żeby zauważyć wysiłki Gomulickiego. Plinta, owszem, jak zwykle wczuwała się w sytuację; już niemalże była na stole, gdy nagle podeszła do niej kelnerka w bikini.
– Obowiązkowy kieliszek wina, proszę pani. – rzuciła bikiniara i błysnęła srebrną tacą w kierunku Plinty. Słynna blogerka entuzjastycznie wyciągnęła rękę, wtedy jednak kelnerka zażądała równie obowiązkowej opłaty w wysokości piętnastu złotych.
– Ach, dziękuję, ja już piłam – rzuciła Plinta i uciekła z party, zanim kelnerka zdążyła zadać jakiekolwiek pytanie. Jak widać, nawet ona miała jakieś granice wytrzymałości – w jej przypadku jak zwykle była to cena. I choć chętnie zostałaby dłużej na YouTube party (jak się zresztą dowiedziała, przyjęcie obfitowało w wiele ekscytujących towarzyskich skandali, które rozegrały się dopiero późno w nocy, po wielu obowiązkowych kieliszkach wina), najwyraźniej przyszedł czas na nowy etap tej historii: zwiedzanie wystawy Radka Szlagi.

 

 

 

W salach wystawowych, w przeciwności do rozpalonego muzyką dziedzińczyka, panowała kompletna cisza. Jak można było się domyślić, czas wernisażu dawno już minął: wskazywały na to opróżnione butelki po winie i rozsypane tu i ówdzie nagryzione precelki. Jak zwykle, omija mnie najlepsze – ze smutkiem pomyślała Plinta, po czym podniosła z ziemi jedynego ocalałego precelka i wrzuciła go sobie do ust. Dawno temu już wyleczyła się histerii higieny; zresztą, złego choroby się nie trzymają.

 

 

 

Tak się wzmocniwszy, Plinta rzuciła okiem po sali: w przeważającej części znajdowały się w niej obrazy zawieszone w różnych konfiguracjach na ścianach. Z kolei na środku pomieszczenia, nieco na boku, stała sporych rozmiarów drewniana wieża, na szczycie której umieszczone było wielkie oko, obracające się to w jedną, to w drugą stronę; najwyraźniej bacznie przyglądało się gościom galerii. Trochę to groteskowe, hm – zamamrotała pod nosem Plinta, po czym spokojnym krokiem zaczęła obchodzić obrazy, od czasu do czasu uprawiając nieufną macankę. Jak dowiedziała się z kurejtorskiego opisu pióra Stacha Szabłowskiego, wystawa Szlagi osnuta była wokół dwóch wątków: historii Teda Kaczyńskiego, słynnego terrorysty działającego w latach 90. w USA oraz delirycznej wizji rodzinnego gniazda artysty, tzw. „Szlagówki’, mieszczącej się gdzieś na rubieżach polskiej wsi.

 

 

Ted Kaczyński faktycznie był postacią dosyć interesującą: ten geniusz i szalony naukowiec o polskich korzeniach, któregoś dnia postanowił porzucić dobrze zapowiadającą się karierę na rzecz partyzanckiej walki z systemem kapitalistycznym – w jego wypadku, wyrażała się ona głównie poprzez przesyłanie eksplodujących paczek do naukowców i pracowników znaczących korporacji. Jak jednak zauważyła Plinta, prace pokazane na wystawie nawiązywały do tej historii tyle o ile, czyli prawie wcale. W większości na obrazach lub innych obiektach oddany był obraz polskiej wsi, dosyć odpychający i ponury: na płótnach czaiły się bezzębne twarze wioskowych obszczymurków, rzeźników, sylwetki zwierząt (kozły, krowy) czy wreszcie postacie grubych bab, tak przecież typowych dla polskiej wsi. Od czasu do czasu, zza baby nagle wyłaniała się zgraja rześkich Janosików, dziarsko skaczących w powietrzu i uprawiających taneczne harce (wiadomo, nic bardziej typowego dla polskiej wsi gdzieś w górach). Aby jednak nie było zbyt nudno, ten swojski pejzaż mieszał się wizjami typu American Dream, podanymi oczywiście w charakterystyczny dla artysty, brutalistyczny sposób: na obrazach kłębiło się więc sporo postaci wychudzonych murzynków, dzielnych kowbojów i czarnych dziwek, kusząco wypinających pupy. Od czasu do czasu gdzieś roztrzaskiwała się butelka wódki, najwyraźniej rzucona w przypływie złości w kierunku rywala; gdzie indziej z kolei rozgrzewała się typowa polska utarczka sypały się karty i kości, a kule jedna po drugiej wystrzelały z luf rewolwerów. W tym czasie baby spokojnie wieszały pranie lub doglądały swoich małoletnich pociech, a dziwki… jak to dziwki – wiadomo, co robiły. Wszystkie te niesamowite historie oblane były lekkim, pastelowym sosem farbianym, w niejasny sposób sugerującym zapewne rzygowiny, nieuchronny rezultat podwórkowych imprez zakrapianych „Leśnym dzbanem”. I chociaż Plinta nie była wielką zwolenniczką postmodernistycznych estetyk, musiała przyznać, że w tym wypadku świetnie odzwierciedlała ona sytuację snu pijaka, do jakiej zapewne dążył artysta. Dodatkowym plusem był tu całkiem niezły warsztat malarski, który całe to kłębowisko jakoś trzymał w ryzach.

 

 

 

 

Wyraźnym problemem była jednak wieża strażnicza z okiem – im dłużej Plinta patrzyła na oko, tym bardziej stwierdzała, że wzrok dziwa jest irytujący i pusty; czym prędzej udała się więc do kolejnej sali. Niestety, tam także natrafiła na Oko, tym razem występujące w roli złowrogiego strażnika świata. Ten symbol nieokreślonej władzy był przeciwstawiony portretowi rodzinnemu artysty, stanowiąc zapewne klucz do odczytania całości wystawy. Tak czy siak, widok Oka zniechęcał, Plinta udała się więc do dwóch kolejnych sal. W pierwszej z nich znajdowała się spektakularna instalacja, złożona z dwóch, spalonych doszczętnie, samochodach typu „maluch”. Na maluchach stało parę wypchanych kur; w sali było jeszcze kilka obrazów i dwa przerażające kurze popiersia. I znowu, sceneria ta z jednej strony przypominała typowy obrazek z polskiej wsi, z drugiej nasuwała na myśl plan do amerykańskiego filmu grozy. Jak można się domyślić, inspiracją do tego makabrycznego story mógł być pobyt Radka Szlagi w Detroit, z którego relację opublikował trzy lata temu na blogu ArtBazaar. Jak wynikało z opowieści artysty, Detorit było miastem zrujnowanym i gangsterskim; pierwotnie będąc wcieleniem amerykańskiego sukcesu, obecnie wegetuje w stanie upadku, stanowiąc idealne miejsce pracy dla różnych ekip filmowych i inspirując artystów do snucia mrocznych historii z kręgu ganga.

 

...jednym z takich artystów był Tris Vonn Michell, którego pracę zobaczył Szlaga na Berlińskim Biennale w 2008 roku

 

 

 

Jak można się jednak domyślić, cyniczna blogerka miała już własne, lekko kpiarskie zdanie o ganga: w końcu wiadomo, że każdy hipster dzisiaj chce być gangsterem lub chociaż kowbojem. Jak zauważyła Plinta, dzisiejsza niepokorna młodzież zwykła chadzać z obszernych bluzach z kapturem i witać się z każdym odzywką „Eloo, ziooom”, co ma ją upodobniać do czarnych zawadiaków z Brooklynu (oczywiście, Plinta była już stara i nie robiła takich rzeczy, przynajmniej nie w normalnym, nieblogowym życiu). Afirmacja siły, brutalności, męskości i jakże kuszącego ZŁEGO – wszystko to, co było modne wśród hipsterów, zawierało się także w sztuce szlagowo-penerskiej. Dodatkowo, Radek Szlaga znalazł na tę modę swój własny przepis, mieszając amerykańskie wizje ze swojskim, polskim błotkiem. W kolejnych salach, przez które przemierzała podejrzliwie Plinta, można było zobaczyć dokończenie tego story: wytworne slajdowisko urządzone w stylówie BYOB, na którym migotały obrazy bezzębnych pijaczków i grubych bab; niewielką szklarnię, w której dojrzewały kartofle (wiadomo – typowo polskie warzywo) i, oczywiście, tajemną bimbrownię, w której dokonywał się proceder bezprawnej produkcji alko. Jak podawała kuratorska notka, artysta „na zapleczu szklarni urządził bimbrownię – i pędzi samogon, trunek stworzony do wznoszenia toastów za nieformalną ekonomię, samowystarczalność i łamanie korporacyjnych monopoli.” Doprawdy, jakie to rozkoszne – zarechotała w myślach Plinta. – Jest w tym coś z zabawy w wojnę albo w policjantów i złodziei

 

 

 

Nad bimbrownią była z kolei urządzona pracownia artysty. W niej także kłębiło się mnóstwo obrzydliwych artefaktów, w tym oczywiście kilka obrazków z krowami i gołymi babami (dodanymi najwyraźniej po to, żeby nie było wątpliwości, co chodzi po głowie artysty). Nad tym wszystkim dominowała postać Teda Kaczyńskiego, przedstawionego w formie rzeźby obleśnego karła, wskazującego grubym paluchem pracownię-świątynkę artysty.

 

 

 

Plinta przeżuwała wszystkie te obrazy z dość dużym rozbawieniem, które jednak szybko przerodziło się w typową dla niej irytację. Zresztą, problem penerskiej sztuki już dawno wiercił jej dziurę w brzuchu – dziwnym trafem, pomimo rosnącej popularności grupy, ona po prostu nie mogła do końca tego wszystkiego przełknąć. Gdziekolwiek się nie ruszyła, wszyscy jej koledzy mówili tylko „Penerstwo, ach, Penerstwo!”. Już dawno temu zauważyła, że Penerstwo jest niezwykle popularne np. wśród krakowsko-warszawskiej hipsterii, której znaczącym odłamem była do niedawna Gablota Krytyki. Plinta nie mogła trochę tego fenomenu zrozumieć, przynajmniej do czasu, kiedy przeczytała dość interesujący artykuł o współczesnych hipsterach i ich fascynacji czarnym, hip hopowym stajlem.

Fascynacja czarnym diabłem, jakie to popowe – myślała blogerka, patrząc na dzieła Szlagi. Gdy jednak kontemplowała postać Teda Kaczyńskiego, w jej głowie pojawił się kolejny, dobrze znany obraz. Myślała, że dawno temu wyparła go z mózgu, że zapomniała i wyrosła, a jednak nie… Przecież ten cały Ted Kaczyński tutaj… no taaak… przecież to nikt inny jak…

Jakub Wędrowycz.

 

 

 

Hej hej, panowie i panienki ze świata sztuki, pamiętacie może Jakuba Wędrowycza, bohatera powieści Andrzeja Pilipiuka i słynnego na całą Polskę kłusownika, egzorcystę i bimbrownika? To zaskakujące, jak bardzo wystawa Freedom Club przypomina świat przedstawiony z opowiadań pana Andrzeja. Plinta, jeszcze jako gimnazjalistka, także czytała kilka opowiadań o Wędrowyczu; były dosyć zabawne, na dłuższą metę jednak nie została jego fanką… w przeciwności do jej kuzyna T., który nigdy nie wyrósł z bimbrowniczych klimatów i do tej pory ma w swojej biblioteczce całe archiwum opowiadań o Wędrowyczu. Fakt, że zujowska postać Teda Kaczyńskiego tak bardzo przypomina Wędrowycza wydał się znamienny dla blogerki. Na dłuższą metę… to jednak masakra – pomyślała Plinta, patrząc krzywo na grube baby i wypięte pupy dziwek. Wystawa Radka Szlagi skojarzyła się jej teraz z innym dziełem – powieścią Ruchy Sławomira Shutego, w której autor roztaczał podobny obraz nędznej i brudnej wsi polskiej, gdzie wszystko było obleśne i lepkie:

Bordzie z kolei tobym ciumkała i ciumkała, co dziwne było, bo zwykł mycie nygusa traktować jak dopust, ale też taki on był smaczny w tym przypleśnieniu i przykisie, taki aromatyczny, że aż mnie coś w środku za serce łapało…

– relacjonowała na łamach Ruchów jedna z bohaterek książki (nota bene, czy była to ta, która zawsze „dochodziła w wiwatach”?). Plintę w jakiś sposób fascynowała obleśność tej powieści, choć nawet przed samą sobą nie mogła ukryć, że nie chciałaby się spotkać z jej autorem, a już na pewno NIE w ciemnej nowohuckiej uliczce. Od czasów lektury Ruchów zwykła zresztą określać jej twórcę jako Sławomira z Ciemnej… itp., itd.

I teraz, wszystkie te ciasne, ciemne i zakisłe obrazki z główki niewyżytego seksualnie Polaczka stanęły przed oczami Plinty, co oczywiście wprawiło ją w dobrze znany stan irytacji. Bo czy nie tak dawno temu na łamach „Dwutygodnika” nie opublikowano tekstu Iwony Kurz, w którym autorka pisała o schematycznym obrazie polskiej wsi, jaki nieustannie siedzi w głowach artystów? Iwona Kurz omawiała ten problem na przykładzie filmu Anki i Wilhelma Sasnalów, Z daleka widok jest piękny – filmu, w którym para mieszczuchów przedstawiła polską wieś jako siedlisko grozy i zła. Jak to możliwe, że po takim tekście nikt nie zauważył tego skromnego faktu, że obraz wsi, jaki przedstawia na swojej wystawie Szlaga, jest mniej więcej taki sam? Pod kątem formalnym, wystawa była bardzo dobra; jeśli jednak chodzi o treść, nie wnosiła ona niczego nowego w mówieniu o polskim pejzażu, jakimkolwiek – była ona raczej podobna do starej, dawno zgranej i zjechanej płyty, ukrytej w sekretnym schowku podstarzałego chłopca. Dlaczego nikt tego nie widzi?

 

 

Syndrom czasów, spłaszczenie krytycznych dyskursów… – pomyślała z irytacją blogerka. – Dzisiaj nikt nie chce gadać z nikim i myśleć o niczym. Nic jest wszystkim, wszystko jest niczym, a sztuka to w 90% tylko dekoracje. W takim wypadku pozostaje tylko… tu blogerka rozprostowała nogę i wycelowała bucik w kierunku Tedowego krocza; w tym momencie jednak usłyszała zdecydowany stukot obcasów i karcący głos:

– Proszę nie dotykać prac!!!

Jak się okazało, była to jedna z pań pilnujących wystawy. Ceezwuu, pomimo prób zmiany swojego wizerunku na bardziej dyskotekowy, nadal roztaczało opiekę nad tym szczególnym gatunkiem istot, chadzających w wykrochmalonych koronkach i bucikach z peweksu. Widząc szamoczącą się przy rzeźbie Teda blogerkę, zręcznym ruchem oddzieliła od siebie walczących.

– Pani, co pani?!?! Ataki na sztukę??? Pani się chyba wieki pomyliły… Niech pani da sobie spokój, naprawdę nie warto się gorączkować.
– Ale…
– Żadne ale, proszę myśleć rezolutnie: rzeźba jest droga, a pani na swojej drodze spotka jeszcze niejednego oblecha. Proszę oszczędzać buciki…
– Ale!…
– Niech pani da spokój, mnie ta rzeźbka nawet bawi… przypomina mi mojego tatusia, on też się parał bimbrownictwem, choć szczególnie lubił robić wino. Oczywiście, u nas na ogródku nie było raczej warunków do uprawy winorośli, za zimno i za blisko drogi, kwaśne to było wszystko, że nie wiem… Ale on się uparł i co roku robił te swoje siki; a jak kto wypił choćby kieliszek papowego winka, to aż go skręcało od sraczki później… Ale na tym nie koniec, bo papa jak już przystępował do zbierania winogron, to tylko w takich spranych i za małych gaciach, co to mu z tyłka zlatywały… więc jak wspiął się na drabinę i nie daj boże zgiął się w pół… Ośmieszenie na całe osiedle! No więc, żeby jakoś zachować twarz pośród sąsiedztwa, raz z mamusią postanowiłam ściąć dziadostwo – i my, w nocy, hyc za nożyce i rachu ciachu winogrona, i szybkie ognisko przed świtem! A po pianiu kogutów, ile było wrzasku i samczego skomlenia… Ech, stare, dobre czasy!

Trzeba przyznać, że niesamowite story pani z ZUJa zrobiło na blogerce naprawdę duże wrażenie; w zaskakujący sposób, opowieść strażniczki przypominała jej własną historię oraz jej ojca, zafiksowanego na punkcie wyrobu wina. Dzięki dziwacznym poczynaniom ojca Plinta serdecznie znienawidziła sadownictwo: od momentu wyprowadzki z domu nie hodowała w swoich rozlicznych, studenckich mieszkaniach niczego, nawet kaktusów. Wszelkie warzywa i zielsko zdobywała w supermarketach, traktując je jako swoje wybawienie i godząc się z rolą korporacyjnej dziwki, jaką przyjęła ze względu na niechęć do tzw. guerilla gardeningu. Cóż, jak pokazywało życie, czasem nawet najszlachetniejsze idee miały swoją drugą, z lekka obleśną stronę.

Konwersacyjka ze strażniczką rozwijała się w najlepsze, gdy nagle rozległ się donośny huk drzwi. Gdy kurz opadł, przed oczami Plinty pojawiła się rozjuszona postać Grubego Olka, który najwyraźniej już otrząsnął się po krytycznym ciosie, jaki zadała mu na wstępie blogerka. Teraz, niczym rozsierdzony czerwoną płachtą byczek, z wolna przygotowywał się do ataku – był w końcu na swoim terenie, tymczasem Plinta była ewidentnie nieproszona i obca.

Nie pozostawało nic innego, jak uciekać. W niewyjaśniony jednak sposób, pomimo szybkiego poruszania nogami, Plinta zdawała się nie ruszać z miejsca. Im biegła mocniej, tym bardziej stała w miejscu; Olek tymczasem pędził bez przeszkód, i lada chwila miał dorwać Plintę.

– Do diaska, co jest, dlaczego nie mogę ruszyć z miejsca??? – krzyknęła rozpaczliwie blogerka. Gruby Olek był coraz bliżej, już niemalże dosięgał Plinty, gdy wtem do jej uszu doleciał cichy szept strażniczki:
– Kochana blogerko, pamiętaj, że w kieszeni masz skórki od banana…

To zaskakujące, skąd strażniczka mogła wiedzieć, że w kieszeni Plinty zawsze czaiło się kilka bananowych skórek, które blogerka zwykła rzucać pod nogi różnym artystom lub kuratorom, których nie lubi. To była jej najbardziej sekretna tajemnica, jednak z jakichś powodów strażniczka wiedziała o tym. Blogerka wyciągnęła więc jedną ze skórek i przyjrzała się jej z zadumą (Olek tymczasem był tuż tuż). Czy wypadało znów postąpić fejmowo i uciec się do tak tandetnej sztuczki jak rzut skórką? Pora chyba w końcu dorosnąć… Z drugiej strony, cóż miała do stracenia? I tak przecież poświęciła wszystko dla sztuki (co z tego, że własnej…). Albo się jest biczą, albo nie – pomyślała blogerka, po czym rzuciła skórkę za siebie.

 

 

Nie trzeba było długo czekać, zanim rozległ się donośny ryk Grubego Olka – oczywiście, z pełnym impetem nastąpił on na skórkę i wywinął spektakularnego kozła, lądując prosto w bimbrowniczym laboratorium Szlagi. Wraz z upadkiem Olka przez ciche sale ceezwuu przetoczył się gromki śmiech widowni, która najwyraźniej przyglądała się akcji. Zaskakujący happy end – pomyślała Plinta i obudziła się w tej samej chwili.

***

Karolina podniosła ociężałą głowę i dostrzegła, że znów zasnęła nad kompem. Tego typu drzemki często jej się zdarzały; najczęściej wtedy, gdy podejmowała się trudnego zadania czytania tekstów innych krytyków, np. tych z zacnego pisma Obieg. Nie była z tego dumna, to było jednak silniejsze od niej… Jej biedny net buk już dawno się zresetował, postanowiła więc ponownie wejść na ulubione strony i sprawdzić, co tam nowego w świecie sztuki. Oczywiście, znów nie działo się nic ciekawego. Zniechęcona, już miała iść do lodówki; nagle jednak na jej fejsbukowym koncie zamigała znajoma ikonka messydżu – była to informacja o interesującym wolontariacie w mjuzium ziroł, najbardziej lansiarskiej instytucji promującej sztukę w stolicy. Mjuzium ziroł, do tej pory znane z zimnych, konceptulano-intelektualnych wystaw, na skutek wielu konfliktów ze społeczeństwem postanowiło ostatnio ocieplić swój wizerunek. W salach, gdzie do tej pory królował brutalny intelektualizm, znalazło się teraz miejsce na rubaszne zabawy, kino, dyskoteki i jarmarczne wystawy dla ludu, jak choćby ostatnia, o dumnym tytule Bóg, Honor, Kebab!. Na tę jesień, mjuzium ziroł przygotowywało specjalny projekt poświęcony sztuce konsumpcyjnej o intrygującej nazwie Jedz i Kupuj!. Jak głosiło ogłoszenie, mjuzium poszukiwało chętnych wolontariuszek, które na czas projektu wcielą się w rolę strażniczek galerii – i cheerleaderek równocześnie. Pamiętając miłą przygodę w ceezwuu, Plinta postanowiła nie zastanawiać się zbyt długo. Rozprostowała palce, strzyknęła nimi parę razy i zaraz poczęła stukać w klawiaturę:

 

Szanowni Państwo,
Jestem niezwykle zainteresowana ofertą, która ukazała się kilka dni temu na stronie www.zirołmjuzium.art.pl…

 

***

Radek Szlaga
Freedom Club
CSW Zamek Ujazdowski
8.09-18.11.2012 Warszawa
kurator: Stach Szabłowski

 

Maurycy Gomulicki& Anna Zaradny
Back to school youtube party
Muzeum Sztuki Nowoczesnej
14.09.2012 Warszawa
kurator: Natalia Sielewicz

• • •

Czytaj także:

• • •

Karolina Plinta (ur. 1988) – zła kobieta. Studiowała historię sztuki na UJ w ramach MISH. Upierdliwa i nieznośna, twórczyni słynnego bloga Sztuka na gorąco. Sama o sobie mówi: „Hipster wannabie”.

Online za darmo

ha-art-52-4-2015
Najntisy  Wśród autorek i autorów: Jakub Baran, Jan Bińczycki, Aldona Kopkiewicz, Steve Naumann, Jakub Majmurek, Kaja Puto, Ziemowit Szczerek i...Więcej...
literatura-polska-po-1989-roku-w-swietle-teorii-pierre-a-bourdieu
Nadrzędnym celem projektu był naukowy opis dwudziestu pięciu lat rozwoju pola literackiego w Polsce (1989–2014) i zachowań jego głównych aktorów (pisarzy...Więcej...
113983
Piotr Marecki / Leszek Onak / SOYT!NBG

113983

113983 to liczba plików na laptopie Piotra Mareckiego w dniu 12 stycznia 2017 roku. W ciągu kilkunastu minut zostaje podjęta próba podniesienia ich...Więcej...
liberatura-czyli-literatura-totalna
Dwujęzyczny zbiór tekstów teoretycznych i programowych głównego twórcy i teoretyka liberatury – Zenona Fajfera, zredagowany i przetłumaczony na język...Więcej...

Czasopismo

ha-art-56-4-2016

Ha!art 56 4/2016

W Polsce, czyli nigdzie Wśród autorek i autorów: Dezydery Barłowski, Claudia Ciobanu, Steve Naumann, Kaja Puto, Ewa Maria Slaska, Lynn Suh, János Térey, Jakub Wencel i inni.
Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information