Seksizm w sreberku (Aleksiej Uczitiel, „Matylda”)

Wiktoria Bieliaszyn / Felieton

Krajem, w którym przez siedemdziesiąt lat seksu oficjalnie w ogóle nie było, o wiele bardziej wstrząsnęła lukrowana frywolność i carskie rozpasanie niż jawna reklama seksizmu owiniętego w złoty papierek. Nie pamiętam drugiego takiego filmu, który wzbudziłby w społeczeństwie równie negatywne…

Modlitwy dla opornych [fragmenty]

Jaś Kapela / Poezja

Jaś Kapela dojrzał, bo i sytuacja na świecie dojrzała. Zamiast śmieszkować, jak przystało na Dobrego Trolla, angażuje się po stronie planety Ziemia przeciwko reptilianom i jednemu procentowi najbogatszych. • • • Jaś Kapela jest melancholijnym optymistą. Cierpi za miliony ludzi,…

Gombrowicz spotyka Hitlera w Argentynie

Konrad Janczura / Proza

To był ten jeden jedyny poniedziałek, poniedziałek bez „ja”. Zamiast „ja” był „on”. „On” z całą swoją ciężką artylerią form, którymi zgniótł tę drugorzędność, jakiej nikt nie może się oprzeć – człowieczeństwo. „On” – z marszowym krokiem, tak bardzo metalicznym,…

Zgryz (3): Gry wideo i praca

Paweł Kaczmarski / Felieton

Czy współczesne gry, zwłaszcza gry wideo, służą przygotowaniu nas do pracy? Nie tyle jakiejś konkretnej pracy, co pracy w ogóle – z całą jej późnokapitalistyczną monotonią i nudą, dyscypliną i poczuciem groteskowej bezcelowości? Czy gry przyzwyczajają nas do pracy w…

Parę kartek z "Notesu dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę"

Bolesław Chromry / Komiks

Warto czasami pomyśleć. I warto też czasem coś zapisać. Albo narysować wielkiego penisa nudząc się na internalu w sali konferencyjnej. Bolesław Chromry wychodzi naprzeciw oczekiwaniom wszystkich tych, którzy chcieliby sobie wytatuować napis „fuck my life”, ale nie mają odwagi i…

Pozdrowienia ze świata [fragmenty]

Dominika Dymińska /

Czarny Protest, feminizm, miłość, praca, Polska. W swojej trzeciej książce nominowana do Nagrody Nike Dominika Dymińska walczy z ustawionymi gośćmi, którzy chcą decydować o naszym życiu. I ich pokonuje, pokonujemy wszystkie.      Ledwo życieZnam już na pamięć numer mojej karty kredytowej.Udawanie bogatej…

Lucyfer zwycięża [fragmenty]

Ilona Witkowska / Poezja

Ilona Witkowska wie, co pisze, a to wcale nieczęste.Jej wiersze są jak dobrze wymierzone pociski melancholijnego gniewu.Warto uważnie śledzić ich lot. Marcin Sendecki             nie   nie chce się spać.nie chce się robić. ty sobie…

Szklane pszczoły [fragment]

Ernst Jünger / Proza

Mieliśmy zwyczaj spotykać się u kolegi, który zamieszkiwał pokój na najwyższym piętrze czynszowej kamienicy, jakie budowano wówczas równie szybko, jak niesolidnie. Pokój miał szerokie okno wychodzące na głęboki szyb podwórza, które z tej wysokości wydawało się nie większe od karty…

Wiersze za sto dolarów [fragmenty]

Redakcja / Poezja

1. Amazon Mechanical Turk to amerykańska platforma crowdsourcingowa, dzięki której różne organizacje outsourcują pracę. Jej użytkownicy nazywani są Mechanicznymi Turkami. 2. Na AMT zachodzi stosunek pracy między zamawiającym (requester) a pracownikiem (worker). 3. Mechaniczne Turki wykonują HIT-y (Human Intelligence Task),…

Frontpage Slideshow | Copyright © 2006-2013 JoomlaWorks Ltd.

Najpolstsza, część I

Ziemowit Szczerek

Pojechałem kiedyś w Polskę. Ale nie w tę Polskę-ogólnopolskę, w tę Polskę, co to raz tak, raz siak – w Polskę pojechałem najpolstszą. Chciałem zobaczyć, jak ten kraj, w końcu, jak wszyscy twierdzą: mój, wygląda naprawdę. Czym on jest.

No bo tak. Pojechać na Ziemie Zachodnie – to jednak dziwna rzecz. Na Ziemiach Zachodnich to ja nie bardzo wiem, czym jest Polska. Ten mój, jak to wszyscy mówią, kraj. Architektura tam niemiecka, a polskie osadnictwo wygląda tak, jakby stepowi zdobywcy obozy se na tej niemieckości czerwonocegłej, murowanej, postawiali. Jakieś dykty, jakiś drut, jakaś pilśnia, i to jest cała ta słynna polskość Ziem Odzyskanych.

Pojadę do Galicji – to Habsburgiem z kolei tchnie. Miło tchnie, bo miło, ale tchnie. To nie jest Polska saute. To nie są droidy, których szukamy. Bliżej, ale jednak nie do końca.

Ale jest taki kawałek Polski, który zawsze był polski, niezależnie od tego, kto rządził i jak dzielił. Korzenna korzenność i polskość jako taka. Bez żadnych wpływów, bez niczego. Wystarczy za Kraków pojechać, minąć starą C.K. granicę między Szycami a Michałowcami, i potem, przez Wolbrom i Radomsko, pojechać na północ, na Warszawę. A później – na południe, przez Kielce-Radom. A później jeszcze jeden cios wyprowadzić: przez te Wiślice wszystkie, Oleśnice, starożytności, Zawichosty, Sandomierze – na północ, Wisłą. Najpolstsza z możliwych Polsk.

Dlatego cała historia będzie podzielona na trzy części. Jedna – to trasa na północ, druga – na południe, a trzecia – znów na północ. Najpolstsza w trzech pierdolnięciach.

Ktoś powie: ta niby-Najpolstsza to wpływy rosyjskie, tak samo jak na zachodzie niemieckie, a na południu – austriackie. To ja mu odpowiem, że gdyby Lublin leżał w Austrii czy Prusiech, to by był wielki jak Wrocław, a nie był nieco podtytym Radomiem. I tak se pogadamy.



Najpolstsza Jeden

Nie chciało mi się robić śniadania. Zjem na trasie, pomyślałem. Z drugiej strony, trzeba by się napić jakiejś kawy. KFC jest po drodze – pomyślałem, kurczęta-niebożęta. Stare, dobre.

Przejechałem z Bronowic na Azory i za przejazdem kolejowym (na którym musi być jakiś mocno spalony dróżnik czynny, bo już mi dwa razy próbował zamknąć szlaban, jak akurat byłem na torach) skręciłem w lewo.

Teoretycznie nie da się tamtędy podjechać do KFC, bo jest zakaz, ale praktycznie się da i wszyscy o tym wiedzą. Jeśli chodzi o Galicję, to administracja Franciszka Józefa nie była specjalnie upierdliwa we wszczepianiu ludziom dojcz-ordnungu w mózgi. Może w Poznańskiem taki myk by nie przeszedł, może Poznańczyków Wilhem nauczył, że albo jest, kurwa, przejazd, albo go nie ma, a nie jednocześnie i jest, i nie ma, jak w tym zasranym francojózefskim Krakówku, w tej Galicji zaszczanej, półazji.

Na szczęście w Krakowie takie rzeczy przechodzą. Nie jesteśmy maszynami. Wir sind keine Machinen, Wilhelm. Nie słuchamy Rammsteina. Słuchamy może Laibacha, ale to nie do końca serio. I to głównie dlatego, że Ljubljana też była w C.K. Rammstein też niby nie ma być nie do końca serio, ale ja w to nie wierzę. Nie wierzę, że Rammstein nie jest serio.

W każdym razie na torach pojechałem w lewo. Olałem, Wilhelm, zakaz wjazdu i przez kawałek wykrotu wjechałem na parking przy KFC. Zawsze mi się to podobało. Te wszystkie McDonaldy i Kejefsiaki. Naprawdę. Wiem, że wszyscy się zawsze rzucają, że wiocha, hamburgery z pandy i bejbi-foki i ogólnie, nie wiem, lasy amazońskie płaczą, a Sting, Bono i Yoko Ono razem z nimi, ale mnie się podobają te kawałki wiejskiej Ameryki w Europie Wschodniej. Czy tam Środkowej. W sumie przestało mi już tak bardzo zależeć, żeby była Środkowa, ale jeśli jest, to niech tam.

W środku tego KFC wszystko znebraszczało. Chłopy chrupały panierkę z kurczaka i strzelały oczami dookoła. Przyjechali tu celowo na śniadanie. Oni też byli znebraszczeli. Zaparkowali swoje samochody na parkingu, żarli murzyńskie żarcie, bo smażony kurczak to jest tak stereotypowo murzyńskie żarcie, że reklama KFC z Czarnym oblizującym palce uznawana jest w Stanach za rasistowską.

No, ale ci z tych samochodów z blachami zaczynającymi się na KR nie byli czarni. Ani nawet chyba specjalnie rasistowscy. Byli różowawi, pink power, żarli na śniadanie panierowanego kurczaka, popijali ice tea z dystrybutora, a ich samochody czekały na zewnątrz, aż panowie się nażrą i z pełnymi brzuchami wsiądą za kierownicę, by pierdzieć postkurczaczo całą drogę do domu, z błogą świadomością, że drzewko zapachowe wszystko wchłonie.

Naprawdę była tu Nebraska i to mi się podobało. Albo, nie wiem, Iowa, Wyoming, stan, który ma kształt prostokąta. Przedmieścia jakiegoś midwestowskiego miasta, jakiegoś, kurwa, Lincoln, Jefferson czy Monroe. Bo za oknem była przecież Ikea, był McDonalds, jakieś Makra, Srakra, Castoramy, pełno szyldów, kilkupasmowa jezdnia i tylko Rondo Ofiar Katynia przypominało, że jednak i mimo wszystko.

Kawa była do dupy, ale nie można mieć wszystkiego.

Wsiadłem w Ottona, bo mój samochód ma na imię Otto, sami jesteście chujowi, wsiadłem w Ottona, przeciąłem dwupasmówkę, obtrąbiłem jakiegoś pajaca na olkuskich blachach, który nie chciał mnie wpuścić, i wbiłem w Łokietka. Niedługo potem byłem już w Kongresówce.

Od razu się zmieniło. Często jeżdżę po tym dawnym pograniczu i zawsze wiem, gdzie jestem: w Austrii czy w Rosji. W Austrii jednak zachowały się zręby pamięci, że jakaś nadrzędna estetyka to jednak dość istotna rzecz. W Rosji jest raczej wszystko jedno.

Jechałem przez Skałę. Wyglądała jak betonowe miasteczko z Dzikiego Zachodu. Dzień był piękny, ale tu od razu wszystko się przykurzyło. Słońce, niebo, domy, asfalt, drzewa. Jakby jakaś fabryka cementu prychała gdzieś nieopodal. I wszystko było twarde i kanciaste. Dziwne było.

Skała kojarzyła mi się z planetą robotów z Lema. Gliniarze, którzy stali bez sensu przy kwadratowym rondzie w rynku, wyglądali jak wyklepani z blachy. Nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, ewidentnie. Mieli patrolować tę nieszczęsną Skałę, ale już chyba wszystko mieli wypatrolowane, bo to jednak raptem parę ulic na krzyż, a tu, kurwa, dopiero 10 rano i do fajrantu kawał czasu.

Ale wystarczyło wyjechać ze Skały, żeby wszystko nabrało sensu. Powietrze się przetarło, i krajobraz zrobił się dokładnie taki, jaki miał być: niebiesko-zielony, soczysty. Ta Najpolstsza tutaj to była klasyczna Europa, całą gębą. Pagórki zielone, zza nich wieże kościelne wystające. Taka, o jakiej marzą – na przykład – kolesie z północnej Afryki.

Kiedyś, w autobusie do Tataouine, mieście, pod którym kręcili co bardziej redneckie okolice świata Gwiezdnych wojen, pytałem lokalnych chłopaków, z czym im się kojarzy Europa.

Chłopaki, Arabo-Berberowie, smagli i wysuszeni, eleganccy podrabianą elegancją lui-wuitona, wersacza i adi-beja, w fałszowanych najkach na suchych stopach, opowiadali, że w Europie to pewnie po zielonej trawie kursują na koniach królowie w zbrojach, że zamki na zielonej trawie stoją, że są wzgórza i góry, koniecznie porosłe zieloną trawą, i że zamki bluszczem porośnięte, że szemrzą w zielonej trawie strumyki i wodospady, i że jest, kurwa, chłodno, a nie cięgiem, kurwa, plus trzydzieści.

Tak mówili, ja nie wyprowadzałem ich z błędu, niechże, myślałem, raz w życiu będę z tej Europy zielonej i zamczastej, a nie z tej pustaczano-błotnej, tak więc nie wyprowadzałem ich z błędu, tylko puchłem z dumy jadąc do miasta Tataouine, które robiło za planetę Tatooine, a w którym sprzedawcy dywanów chcieli mnie zabić, okraść i sprzedać na organy, ale o tym kiedy indziej.

Bo teraz jechałem właśnie przez taki kawałek Europy, jaki opisywali chłopaki. Pomiędzy Skałą a Wolbromiem. Zielono, pagórkowato, mniej niż, kurwa, 30 stopni. Zamek też był w okolicy, i to niejeden. Było – w zasadzie – idealnie, a raczej byłoby idealnie, gdyby nie pustaczane obesranie tego wszystkiego, szyldoza, ale już się do tego obesrania krajobrazu kulturowego Rzeczpospolitej przyzwyczaiłem. Więc udawałem, że nie widzę.

No, ale tak to jest, jak się naród puści samopas. Jeszcze niedawno chłopi mieszkali w kurnych chatach, których kształt nie zmienił się specjalnie od czasów Piasta zwanego Oraczem. W II RP za budowanie miast jako-tako się wzięto, całkiem harmonijnie to wychodziło, ale II RP była, jeśli chodzi o urbanistykę, centralnie sterowanym proto-PRL-em. W PRL-u wszystko początkowo, jeśli chodzi o urbanistykę, było okej, tylko później Gomułka i Gierek poszli z jakości w ilość. Natomiast jak to wszystko pierdolnęło w drobiazgi, to naród został sam na sam z tą całą urbanistyką, a jako że ostatnio jak sam coś wznosił, to były kurne chaty, nie było się co dziwić, że nie czuł czegoś takiego, jak estetyka prowincji. Jak tacy, dajmy na to, wszyscy inny w Europie.

No, ale cóż poradzić. Tak było, i teraz jechałem tą prawie idealną Europą, zasraną pustakiem, i patrzyłem, jak faluje, jak się zieleni, mijałem kościoły sarmackie, z fasadami barokowo się sfalowującymi u góry w czub szlachecki, a przed tymi kościołami powiewały flagi Radia Maryja, a na tablicach z ogłoszeniami parafialnymi powtarzał się, jak fraktal samopodobny, plakat z wielkim napisem KURY NIOSKI. Pod którymś z nich ktoś, z jakiegoś powodu, skreślił słowo NIOSKI i zamiast tego napisał CHUJE. Poczułem, nie po raz pierwszy, że ten kraj robi mi krzywdę w głowę i trochę przyspieszyłem.
Stali. Kurwa, w tych swoich nowych mundurach z lampasami, w których wyglądają jak tani dresiarze z lat dziewięćdziesiątych obkupieni na bazarach z turecką chińszczyzną. Podróbami podróbek. W tych białych oficerskich czapach, które do tego badziewia w ogóle nie pasowały, wyglądali jak kolesie z teledysku do Y.M.C.A. Myślę, że o tym wiedzieli, bo wyglądali na wkurwionych.

Jeden, prosiątko takie, podszedł i wsadził mi ryjek do Ottona.

– Dzień dobry, panie kierowco – powiedział.
– Dzień dobry – odpowiedziałem, zastanawiając się, czy mi już wczorajsze wywietrzało z organizmu.
– No i widzi pan, panie kierowco – zaczęło marudzić prosiątko – ile to się jeździ w terenie zabudowanym? No ile? A ile pan jechał?

Tyle w jego głosie było wyrzutu, jakbym mu osobistą krzywdę wyrządził. Polskie pały zawsze tak mają. Prawie płaczą nad tą przekroczoną prędkością czy przejechaną linią ciągłą, jakby się im co najmniej matkę rozjechało.

– Niech pan tego nie bierze tak osobiście – próbowałem pocieszyć prosiaczka. – Nie chciałem pana zranić.

Prosiaczek zmrużył groźnie oczy i przez chwilę wyglądał jak prawdziwa, dorosła, samodzielna świnia.

– Żebym to ja panu nie zrobił krzywdy – naburmuszył się i, żeby wyglądać bardziej serio, wyjął z kieszeni na piersi jakiś notatnik, nie wiadomo w zasadzie po jaki chuj, bo go nie otworzył.
– Grozi mi pan? – spytałem. – Nagrywam to wszystko, wie pan – skłamałem
– Niech pan nie będzie taki mądry – z wyższością rzucił prosiak, trochę od rzeczy.

Patrzyliśmy sobie w oczy i każdy z nas był nieco zakłopotany. Prosiaczek, chyba nowy w policji, wyglądał jak aktor-świeżynka, który wybił się z roli, a nerwy nie pozwalały mu w nią z powrotem wejść. A ja nie wiedziałem, co powiedzieć. Często tak mam, że się zawieszam i w głowie robi mi się pustka. Mam wtedy tendencję do pierdolenia różnych głupot, dlatego nauczyłem się, żeby nic w takich razach nie mówić. Więc tylko się zazwyczaj głupio uśmiecham.

– No i co pan tak rży? – nie wytrzymał po kilku sekundach milczenia prosiaczek.
– Nie rżę – oburzyłem się i znów nie wiedziałem, co powiedzieć. – Grozi mi pan? – powtórzyłem więc jak debil.
– Niech pan sobie sam odpowie na to pytanie – zamotał się z godnością prosiaczek i, bujając wielką dupą, odszedł w stronę radiowozu.
– Mogę już jechać? – krzyknąłem za nim.
– W dupie cię mam – mruknął, myśląc, że nie słyszę.

Nacisnąłem Ottonowi na sprzęgło, wrzuciłem jedynkę i pojechałem dalej, na Wolbrom.

 

*

Wolbrom mógł mieć w sobie wszystko co miłe w małym miasteczku – bo były tu i kamieniczki w miarę , i ryneczek, i uliczki, i nawet pola wzgórzaste było widać w perspektywie tych uliczek – ale nie miał. Fajnie by było, gdyby go wyremontowali, pomyślałem, po czym zorientowałem się, że tu już jest po remoncie.

Najładniejszy w tym wszystkim był peerelowski fresk na ścianie jednej z kamienic. Wyglądało na to, że nawet Peerelowcy czuli ten klimat echt-Europy i we fresku pełno było rycerzy, kmieci, panów braci, ogólnie: historycznego osadzenia wszystkiego we wszystkim, ale i tak wyglądał ten cały Wolbrom, jakby dopiero wczoraj go zasiedlono, i ci zasiedleńcy nie bardzo wiedzieli, co z tym Wolbromiem zrobić. Nie było tu śladu statecznej, rozsiadłej, dobrotliwej i odwiecznej mieszczańskości, zatopionej w sobie samej i przeżywającej życie dla przyjemności samego przeżywania. W herbie miał Wolbrom głowę wkurwionego Władysława Łokietka, bo wszyscy tu wyglądali na wkurwionych.

W kościele była msza. Księże zawodzenie, bliskie płaczu, plątało się po uliczkach. I znów: wyglądałoby to na polską arkadię, na jakąś polskość wezbraną i ułożoną w taką formę, w jaką by się chciała ułożyć, gdyby nie ten burdel i szyldoza. Mszalne babcie w dupie miały księdza. Wyszły se z kościoła zajarać na ulicę, jak nastolatki. Było w tym sporo uroku. Kopciły mentolowe slimy i plotkowały niespiesznie.

Miały dokładnie taki sam akcent, jak moja babcia spod Olkusza. Znad Pustyni. Z Piochów. Poczułem się jakoś stąd. W końcu to tylko dwadzieścia kilometrów, ludzie mówią tak samo, mają nawet twarze podobne do twarzy ludzi w stronach mojej babci. Jakże europejskie kiszenie się we własnej kotlince. Weźmy takich Czechów: wszyscy wyglądają jak swoi bracia, no, najdalej kuzyni. We mnie też musiało być coś, co przypominało te wolbromskie twarze. Choć częściowo. Poczułem się nieco endemiczny. To był jeden z moich heimatów. Na to wychodziło.

Wzruszyłem się i z tego wzruszenia kupiłem kawę w cukierni. Kobieta za ladą wyglądała, jakby zmontowano ją z moich podolkuskuch ciotek. Wzruszyłem się jeszcze bardziej. Ze ściany łypali na mnie Jan Paweł II i Krzysztof Ibisz.

– I co to dalej będzie, panie kochany? – spytała mnie ciotczana hybryda głosem moich ciotek i z ich akcentem.
– Z czym? – spytałem, trochę zdziwiony.
– Ze wszystkim – odpowiedziała. – No, powiedzmy, z tą żywnością genetycznie modyfikowaną.
– Dlaczego sądzi pani, że mam na ten temat jakieś pojęcie – uśmiechnąłem się do ciotek, jak umiałem najżyczliwiej.
– Boś pan nie stąd, a tu już wszystkich pytałam i nie wiedzą – odpowiedziała ciotki, a ja się trochę obraziłem. „Nie stąd”.
– Częściowo stąd – powiedziałem. Wziąłem na wynos, wyszedłem i popijałem patrząc, jak na wystawie księgarni walczy Wołoszański z Cejrowskim. Katol gryzł się z komuchem, aż furczało. Pozostali autorzy kulili się strachliwie w kąciku.

Akurat był w rynku odpust. Albo coś w tym guście. W każdym razie stragany porozstawiano, a przed nimi, na rybackich krzesełkach, siedzieli staraganiorze i rozwiązywali krzyżówki i sudoku na kolanach. Mało kto cokolwiek kupował.

Straganiorze wyglądali, jakby wykonywali tę pracę nie z potrzeby zarobku, tylko z przyzwyczajenia. Z konieczności pełnienia jakiejś funkcji w społeczeństwie. Były jakieś miecze świetlne, szable wojowniczych księżniczek Xen, nawet, mój boże, odcięte głowy Jango Fetta były. Pistolety na kapiszony dzieliły się na starego wzoru i nowego wzoru.

Chciałem kupić ten starego wzoru, bo pamiętałem go z dzieciństwa, ale nikt nie miał do niego kapiszonów. Mówili, że już nie produkują. To po jaką cholerę, pytałem, wystawiacie te stare pistolety. Odpowiadali mi, żebym się tak bardzo nie interesował, jeśli nie kupuję. Ale i tak kupiłem. Z powodów sentymentalnych. Wróciłem od Ottona, wrzuciłem kapiszoniaka do schowka na rękawiczki, czyli tam, gdzie się zawsze trzyma pistolety, i wyjechałem z Wolbromia. Bloki na przedmieściach wyglądały jak w Kosowie. Bo w zasadzie czemu nie miałyby wyglądać jak w Kosowie.

 

*

A później znów była Arkadia przysrana pustakiem. Na billboardzie reklamowano odmawianie różańca. Na jeszcze innym Chrystus, wyglądający jak transseksualista o delikatnej, damskiej wręcz urodzie, z doklejoną brodą i wąsami, domagał się koronacji na króla tego wszystkiego, tych wszystkich pustaczanych domów, tych szyldów z dykty, tych papodachówek i blachodachówek, tego asfaltu kruszejącego po zimie. Polski.

Podejrzewałem, że gdyby w końcu Chrystus zostałby w końcu tym królem Polski, to by spierdolił stąd czym prędzej, jak Walezy. Gdyby tylko zaczął kapować, co, gdzie i jak. Ech. Byliśmy chyba jedynym krajem na świecie, z którego – nieprzymuszony – zdupcył jego własny władca. I to niejeden. Jan Kazimierz też w końcu dostał białej kurwy od tego wszystkiego, pierdolnął koroną i abdykował. Historia się lubi powtarzać i do trzech razy sztuka. Próbuj, Jezus, tylko, że jak zaczniesz rządzić, to twój lud cię momentalnie znienawidzi, bo on tak ma zaprogramowane, a ty – pamiętaj – naprawdę jesteś Żydem. Co i tak nie przeszkodzi Kurskiemu znaleźć ci dziadka z Wehrmachtu. Kaczyński ci przyjebie od ukrytej opcji, Niesiołowski cię zapluje, Pitera ofuka. Nie bój się.

A potem wjechałem na Śląsk. To znaczy – w województwo śląskie. Tu była częstochowszczyzna. Medalikorze. W Katowicach, jak się na Częstochowskie mówi Śląsk, to cie mogą ciulnąć bez ryj. Trzeba uważać. „Pozytywna energia” – napisane było na tabliczce.

Ale nic się nie zmieniło. Tu naprawdę była stara, dobra Europa. Arkadia. Nawet jakoś trawę przystrzygali, nawet jakoś lekko odszyldowaciało to wszystko. Na ścianie starego domu wisiały stare narzędzia rolnicze. Jako ozdoby. Historia sięgała tu naprawdę głęboko w glebę. Pokolenia ludzi o twarzach podobnych do twarzy mojej babci leżały tu w tej glebie, a na nich wyrastało to wszystko. Drzewa, domy, kartofle, szczypiorek. Czułem się stąd, naprawdę. Wjeżdżałem w jakieś boczne ulice, w jakieś lasy, łąki, pozwalałem się wyprzedzać stuningowanym golfom, mazdom, gazdom, pizdom i toyotom lokalnych dżolerów. Zapierdalali po tych lasach jak udzielni książęta po swoim. Wcale im się nie dziwiłem. W końcu, po tylu latach pańszczyzny i zdeczłowieczania przyszły czasy, że każdy może sobie przyksiążęczyć jak po swoim. Golfem-niegolfem.

Do tego wszystkiego wpałętały się jeszcze w krajobraz ruiny zamku i wszystko się dopięło.

Jechałem jak w transie. Przez tę zieloność, przez tę moją endemiczność, to było jak odkrywanie jakieś własnej nowej części ciała, części mózgu, z której istnienia nie zdawałem sobie sprawy.

Aż wjechałem do Lelowa.

O ile w Wielkopolsce czy w Galicji małe miasteczka były manifestacją działalności urbanistycznej i architektonicznej zaborców – to Lelów, i w ogóle większość miasteczek w zaborze rosyjskim – były manifestacją zaborczego zaniechania. W dawnej Rosji wiele z tego, co było na prowincji, po prostu zostało takie, jakie było. Gdy cofnęła się rosyjska fala, okazało się, że znów jesteśmy w czasach sarmackich. W których też, nie ukrywajmy, niewiele się zmieniało.

Lelów, w każdym razie, miał miejski układ urbanistyczny, ale stały przy tym układzie peerelowskie kostki. Były bardzo ogarnięte, wytynkowane, kąty proste i w ogóle, zresztą droga i chodnik też były niczego sobie. Wyglądało to dość amerykańsko, a zarazem średniowiecznie. Ameryka zbudowana na polskim średniowieczu.

Wszystko tu się podpinało pod cadyka Bidermana. Dawida. Był założycielem całej cadyckiej dynastii. Jednej z bardziej znanych. Do tej pory w Izraelu czasem przy kawie się rzuca: „jak mawiał cadyk Biderman…”. Nie potrafiłem sobie nigdy wyobrazić, że ta rzeczywistość, ta najpolstsza, dobrze znana i codzienna, była też codziennością tych ludzi. Innych, było nie było. Że z czym innym im się kojarzyły te drzewa polskie do bólu znane, te koleiny na drodze, te łachy piachów, to drewno chałup. A przecież z czym innym im się kojarzyły, bo inne mieli baśnie i legendy. Inne bajki im matki nad kołyskami opowiadały. Ich imiona i nazwiska inną czcionką się zapisywało i inaczej czytało. Mosze, Eleazar, Cwi, Szlomo. Wszyscy z Lelowa. Rodzili się tu i umierali, całe pokolenia.

Pozostały po nich pipes i czulent, które można było zjeść w restauracji Lelowianka. Wszystko poza pipes i czulentem było tutaj prowincjonalnie polskie i nowe. Dziewczyna za barem wyglądała jak hybryda moich bliższych i dalszych kuzynek. Też mówiła tak, jak mówi się w stronach mojej babci. Miała twarz, którą oglądałem tysiące razy.

Był środek dnia. Dwóch facetów jadło schabowe w tym pachnącym czulentem wnętrzu. Zapijali porządnie zmrożoną wódką. Wyglądali na lokalnych patrycjuszy. Przyciszonym głosem omawiali jakieś sprawy związane z ratowaniem świata.

Grób cadyka mieścił się w seledynowym budynku lokalnego geesu. Wyskrobany napis „Jude raus” wyglądał na uprzejmie dyskretny i wydrapany tylko po to, by tradycji stało się zadość, bo jakże to bez napisu „Jude raus”.

 

*

A później skończyła się ta arkadyjska Polska. Skończyły się pagórki i polskie średniowiecze. I to skończyły się w miejscowości Koniecpol. Koniecpol był duchem miasteczka. Lelów też był duchem, w porządku, ale Koniecpol to był prawdziwy upiór. Znów przyszarzało i się spolszczyło trywialnie. I spłaszczyło. To tu się zaczynała Polska aż po Ural. Ta płaskoć pierdolona, ta autostrada Moskwa-Paryż po której przejeżdżał, kto chciał – z zachodu na wschód i wschodu na zachód. Celtowie, Germanie, Słowianie, Tatarzy, Karolus, kurwa, Gustavus Rex, Napoleon, Hitler, Stalin. Kto chciał.

Od Lelowa do Koniecpola jest rzut beretem. A zmienia się wszystko. Tu, w Koniecpolu, wszystko tak naprawdę się zaczyna. Polska się zaczyna. W swym najbardziej stereotypowym wcieleniu. I nie ma kremówek.

Włoszczowa się zaczyna. Nie mogłem nie pojechać do Włoszczowej. Musiałem zobaczyć Włoszczową. Do tej pory z okna pociągu widywałem tylko ten peron wykonany z Naczelnej Kostki III RP i siatkę za nim, a za siatką – ugór, pomięty trawoid, żółto-brązowo-parazielony.

No więc pojechałem w końcu do Włoszczowej i nie zapamiętałem nic. Jakiś zarys. Miasto, szarość, coś w stylu rynku. Zielone drogowskazy. Jedyne notatki, które tu zrobiłem, to „kurz, pył, dziura”. Przy wyjeździe stała rozpaczliwa baszta z pustaków.

Ale Przedbórz był w porządku. Znów nie było płasko, znów to wszystko leżało jakoś z sensem, nawarstwiało się na siebie i nałaziło, ale było już za późno. Zbyt daleko na północy. Zbyt polsko-polski kontekst. Radomsko też miało sens, ale to mogło być złudzenie. Kolejny duch. Dlatego wolałem tylko przez nie przejechać. Szkoda by było, gdyby się okazało, co by się musiało okazać. Tak samo jak niesamowity Piotrków. Wyglądał jak Polska pod polską okupacją. Wszystko we mnie wyło z depresji i żalu. Nawet Otto się rozkwiczał jakoś. To nie tak powinno wyglądać. Na A1 lało, i takie były koleiny, że wyglądało, jakbyśmy jechali jakąś apgrejdowaną wersją polskiej koleistej dróżyny. Sfjuczerpankowioną drogą polną. Fura wlokła się za furą, i tylko czasem jakiś podupceniec wyrywał się rozpaczliwie do przodu, by za paręset metrów stracić impet, dostrzec całą beznadzieję swojej sytuacji, spokornieć i wrócić do szeregu. Przemknęła Łódź, małpująca warszawskie niebiesko-czerwone znaki z nazwami ulic. Stałem na światłach, gdy zobaczyłem płot związany wypatroszonym zabawkowym misiem. Miś gapił się na mnie czarnymi ślipkami. A ja się gapiłem na niego. W końcu ktoś na mnie zatrąbił. Potem jeszcze ktoś. Było zielone, a ja stałem. Patrzyłem we wsteczne lusterko i widziałem mordy wykrzywione wściekłością. Ruszyłem, nie spiesząc się specjalnie. Pasażer malucha, który mnie wyprzedził pokazał mi na migi, że mnie, kurwa, zajebie, jak mnie tylko dojedzie.

Na A2, to słynne A2, które z wyspy odciętej od świata robiło z Warszawy coś w rodzaju europejskiego Helu, wyjeżdżało się jakoś z dupy, spod jakiejś stacji benzynowej. No, ale się w końcu wyjechało.

A więc tak to wygląda, myślałem, pędząc ile się da po płaskim jak stół stupasmowym stole. Tak wygląda sen najpolstszej Polski o sobie samej. Trochę aranżacji, trochę plastikowych paneli, asfaltu, porządnego dizajnu okołodrogowego, i ta cała płaskota nabiera zupełnie innego kontekstu. Z Mordoru jakoś się przesuwa do Śródziemia. Sprawia, że człowiek jest jakoś bardziej skłonny uwierzyć, że Berlin leży na tym samym.

Na parkingu stali Litwini, Łotysze, Rosjanie, Niemcy i emeryci-Holendrzy, a jakże, kamperem. Litwini rozmawiali po polsku. To byli jacyś hipsterzy, którzy z praktyki w Brukseli wracali do siebie do Wilna. Łotysze zagadali do nich po rosyjsku, a hipsterzy przeskoczyli do nich na rosyjski płynnie, jakby spluwali, nawet niespecjalnie wybijając się z własnej rozmowy. Niemcy rozmawiali z Holendrami po angielsku. Śmiali się, jedni i drudzy, gardłowo, pokazując wielkie, końskie zęby. W końcu gdy Niemcy wsiedli już do samochodu, Holenderka, siedemdziesięcioletnia staruszka, pokazała im na pożegnanie faka.

Wsiadłem w Ottona i nie zdążyła przelecieć Legacy of Brutality, gdy już byłem w Warszawie. Na Woli. Która jakoś zupełnie inaczej wyglądała, niż zazwyczaj.

• • •

Więcej o książce Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian Ziemowita Szczerka w katalogu wydawniczym Korporacji Ha!art

Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian w naszej księgarni internetowej

• • •

Czytaj także:

• • •

Zobacz także:

• • •

Ziemowit Szczerek – dziennikarz portalu Interia.pl, współpracuje z „Nową Europą Wschodnią”, autor opowiadań publikowanych m.in. w „Lampie”, „Studium”, „Opowiadaniach” i E-splocie oraz współautor wydanej w 2010 r. książki pt. „Paczka radomskich”. Pisze doktorat z politologii, zajmuje się wschodem Europy i dziwactwami geopolitycznymi, historycznymi i kulturowymi. Jeździ po dziwnych miejscach i o tym pisze. Ostatnio najbardziej inspiruje go gonzo i literatura / dziennikarstwo podróżnicze.

Online za darmo

ha-art-52-4-2015
Najntisy  Wśród autorek i autorów: Jakub Baran, Jan Bińczycki, Aldona Kopkiewicz, Steve Naumann, Jakub Majmurek, Kaja Puto, Ziemowit Szczerek i...Więcej...
literatura-polska-po-1989-roku-w-swietle-teorii-pierre-a-bourdieu
Nadrzędnym celem projektu był naukowy opis dwudziestu pięciu lat rozwoju pola literackiego w Polsce (1989–2014) i zachowań jego głównych aktorów (pisarzy...Więcej...
113983
Piotr Marecki / Leszek Onak / SOYT!NBG

113983

113983 to liczba plików na laptopie Piotra Mareckiego w dniu 12 stycznia 2017 roku. W ciągu kilkunastu minut zostaje podjęta próba podniesienia ich...Więcej...
liberatura-czyli-literatura-totalna
Dwujęzyczny zbiór tekstów teoretycznych i programowych głównego twórcy i teoretyka liberatury – Zenona Fajfera, zredagowany i przetłumaczony na język...Więcej...

Czasopismo

ha-art-57-1-2017

Ha!art 57 1/2017

Lenistwo Wśród autorek i autorów: Jakub Baran, Maja Staśko, Aldona Kopkiewicz, Jakub Majmurek, Przemysław Witkowski, Lynn Suh, Wiesławiec Deluxe, Kenneth Goldsmith i inni.
Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information