Ha!artoons. Wróbel rysuje książki (35): Charles Foster, "Jak zwierzę. Intymne zbliżenie z naturą"

Olga Wróbel / Komiks

Książki są bardzo fajne, ale długo się je czyta, a potem w głowie i tak zostaje jeden obraz, góra dwa. Dlatego skracamy ten łańcuch i od razu dajemy wam esencję – i to w ładnych kolorach.        …

Polacy w Berlinie

Dominika Dymińska / Felieton

Naprawdę chciałam uniknąć podawania do publicznej wiadomości informacji na temat mojego wyjazdu z Polski do Niemiec, ale muszę nakreślić kontekst obserwacji poczynionych na poczet tego felietonu, więc napiszę to po raz pierwszy i ostatni: przeprowadziłam się z Warszawy do Berlina.…

Nie wycofuj się, inteligencjo (Andrzej Jakimowski, „Pewnego razu w listopadzie”)

Bartosz Marzec / Felieton

Marsz Niepodległości 2013, banda nacjonalistów napada na skłot Przychodnia. Jasne oczy Marka, bohatera filmu, napotykają wzrok jednego z napastników. Trwa to sekundę, ale wystarczy – rozpoznają się. Nie jest to trudne, bo na co dzień pracują w tej samej, skądinąd…

Zapowiadamy nową serię poetycką Ha!artu pod redakcją Mai Staśko

Nowa seria poetycka / Wiadomość

Na pierwszy ogień, jeszcze w listopadzie, idą Dominika Dymińska z tomikiem Pozdrowienia ze świata oraz Ilona Witkowska i jej Lucyfer zwycięża. Już dzisiaj możecie zamówić obie pozycje w przedsprzedaży (-8 zło, zobacz poniżej). A w grudniu dołączą do nich Modlitwy…

Szklane pszczoły [fragment]

Ernst Jünger / Proza

Mieliśmy zwyczaj spotykać się u kolegi, który zamieszkiwał pokój na najwyższym piętrze czynszowej kamienicy, jakie budowano wówczas równie szybko, jak niesolidnie. Pokój miał szerokie okno wychodzące na głęboki szyb podwórza, które z tej wysokości wydawało się nie większe od karty…

Wiersze za sto dolarów [fragmenty]

Redakcja / Poezja

1. Amazon Mechanical Turk to amerykańska platforma crowdsourcingowa, dzięki której różne organizacje outsourcują pracę. Jej użytkownicy nazywani są Mechanicznymi Turkami. 2. Na AMT zachodzi stosunek pracy między zamawiającym (requester) a pracownikiem (worker). 3. Mechaniczne Turki wykonują HIT-y (Human Intelligence Task),…

Frontpage Slideshow | Copyright © 2006-2013 JoomlaWorks Ltd.

Karolina Plinta - Sztuka na gorąco (12): W czynie społecznym dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Redakcja

Kiedyś to dobrze było krytykom. Pomyślcie tylko: przychodził taki do galerii, oceniał proporcje, kolory, dukt pędzla, jakąś kompozycję, na koniec wydawał ogólny werdykt i wychodził, mając całkowicie czyste sumienie. A teraz?

Pomarzyć można tylko o dawnej, jakże klarownej sytuacji, i badając kondycję tego zawodu (?) należy chyba stwierdzić: dziś być krytykiem to dla krytyka za mało. Wszak krytyk dziś to także: kurator, artysta, galerzysta, aktywista, społecznik oraz, last but not least, obywatel, rozporządzający swoim obywatelskim sumieniem. I nie daj boże takiemu obywatelowi nagle sobie ubzdurać, że jest krytykiem!

Czasem jednak bywa i tak, że nawet z najsumienniejszego obywatela nagle wyjdzie krytyk, a wtedy, cóż… pozostaje się tylko wstydzić. Dla przykładu: coś mnie podkusiło ostatnio i postanowiłam wybrać się do Krakowa, ot – załatwić parę swoich spraw, a przy okazji zobaczyć, co tam nowego w galeriach i czy one w ogóle jeszcze istnieją?... Traf chciał, że zaszłam do Bunkra na wystawę Łukasza Surowca Dziady, o której tak głośno ostatnio w mediach. Na początek jednak warto chyba wyjaśnić kilka kwestii: wygląda na to, że Łukasz Surowiec to taki krakowski odpowiednik Artura Żmijewskiego, w wersji ciągle młodej i energicznej. Swojego czasu miałam nawet przyjemność się z nim spotkać – a może raczej, z jego kukłą, którą artysta zainstalował w zeszłym roku na balkonie galerii Novej. Był to symboliczny wyraz jego niechęci wobec świata sztuki – kukła artysty szykowała się do śmiertelnego skoku, najwyraźniej gotowa zrobić wszystko, byle by tylko nie brać udziału w szopce, jaka miała miejsce w galeryjnych salach. Gest cokolwiek radykalny, biorąc pod uwagę fakt, że za drzwiami galerii trwała właśnie wystawa prac jego dziewczyny, Doroty Hadrian. No ale czego nie robi się dla sztuki…

 

Surowiec gotowy na wszystko

 

Prace Doroty Hardian, przed którymi ucieka artysta

 

Zdecydowanie i bojowniczość Surowca szybko zostały zauważone i docenione, czego szczególnym dowodem był udział artysty w zeszłorocznym Berlin Biennale. Po tym spektakularnym (ale chyba niezbyt entuzjastycznie przyjętym przez niemiecką publiczność) wyczynie należy chyba uznać Surowca za „rasowego artystę lewicy”… Gdy więc zobaczyłam baner reklamujący jego wystawę, natychmiast wkroczyłam do galerii. Tytuł wystawy nasuwał raczej mroczne skojarzenia i faktycznie: pierwsza sala Bunkra była dosyć zaciemniona, z wyszczególnionym miejscem na środku, gdzie stał malutki, niepozorny sklepik jubilerski. „Klimacik cokolwiek Barney’owski” – pomyślałam sobie i z ekscytacją zaczęłam oglądać półki, zapełnione czarnymi diamentami, rzekomo wyrabianymi przez bezrobotnych ze zwykłego węgla. Obok sklepiku z kolei leciał film, potwierdzający pochodzenie błyskotek; sam w sobie może nie był zbyt wciągający, ale przecież – diament to diament, a jako to mawiała jedna z moich idolek…

 

Nie to, że myślę schematami, ale...

 

Tak zachęcona postanowiłam wejść do następnej sali… wtem owionął mnie nieprzyjemny, ale skądś dobrze znany zapach, a przed oczami ukazała się sporych rozmiarów instalacja z wózków, które artysta pozyskał od bezdomnych na zasadzie wymiany (stary wózek za nowy, już naznaczony „gestem artysty” sprzęt). Stare, okropnie śmierdzące wózki były ustawione w jakoś tam przemyślanej kompozycji i ustawione w takiej postaci na niewysokim postumencie. Na ścianach sali artysta powiesił z kolei fotograficzne portrety dawnych właścicieli wózków, wszystkie utrzymane w przykrej, szarawej kolorystce. I tu mi się jakoś smutno zrobiło, bo:

a) liczyłam że będzie więcej diamentów,

b) zapach był okropny i przywoływał przykre wspomnienia z praskich tramwajów,

c) instalacja jako taka była strasznie sztampowa i nudna (efekt ready made…), a ja oczekiwałam czegoś więcej (patrz punkt a)

No cóż, trudno, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni – pomyślałam sobie i podreptałam dalej, w kierunku dobrze znanego mi pana pilnującego wystawy, którego zawsze spotykam w Bunkrze. Siedział sobie biedaczyna w tych znakomitych zapaszkach i spokojnie rozwiązywał krzyżówkę. „Proszę zejść na dół” – wyjaśnił mi pan. – „Tam jest Poczekalnia, takie miejsce wspólne, gdzie można razem siedzieć i spędzić trochę czasu”. Idąc za radą miłego pana, trochę zaniepokojona zeszłam do podziemnych sal galerii (z każdym schodkiem powietrze tężało), aby stanąć jak wryta i zobaczyć grupę bezdomnych, spokojnie wylegujących się na podłodze. Jakaś kobieta zerknęła na mnie i niechętnie odwróciła wzrok; ja w tym momencie jednak już uciekałam na górę, mocno zmieszana. A więc znów, można się było domyślić! Sztuczka z grupą ludzi zamkniętą w galerii, tak samo jak podczas berlińskiego Biennale! Jeśli jednak w Berlinie wyglądało to dosyć neutralnie i przyjemnie (do galeryjnych sal zaproszono wtedy grupy aktywistów, które urządziły tam własne, kolorowe miasteczko), to widok bezdomnych w Bunkrze był cokolwiek piorunujący (żywa wystawa?) i nie zachęcał do tego, żeby spędzić z nowymi mieszkańcami Bunkra choćby kilka minut. No chyba że masz szczególne społecznikowskie zapędy i serce Matki Teresy z Kalkuty lub, ewentualnie, ekscytują cię ekstrema.

 

 

 

 

Trudno mi powiedzieć, na co Surowiec szczególnego liczył, planując swoją wystawę: czy na to, że widz wzruszy się na widok śmierdzących wózków i smętnych portretów, czy może na to, że nagle przełamie wszystkie swoje bariery i pomimo okropnego zapachu, i przedziwnego klimatu „bezdomnych-jako-wystawy” zacznie sobie z nimi po prostu gawędzić. A może chodziło o to, żeby ukazać nam naszą własne kołtuństwo? Że kołtunem jestem, to akurat wiedziałam od dawna i jakoś szczególnie nie jest mi z tego powodu przykro. Gdy więc dotarłam do ostatniej części wystawy, prezentującej niezrealizowany projekt wybudowania domków dla bezdomnych w centrum Katowic (zbyt utopijny, by mieć rację bytu), marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie ulotnić się z galerii i prędko nie wracać.

Podsumowując, w jakiś sposób nie udzielił mi się pozytywny klimat wystawy. Niestety, mam wrażenie, że pomimo szczerych chęci i energii, jaką Surowiec wkłada w swoje działania z bezdomnymi, sama wystawa, jako wydarzenie artystyczne, była trudna do przełknięcia i stosunkowo sztampowo powielała schemat „jedynie słusznej lewicowej wystawy”. Oczywiście, w tym momencie chyba warto wyjaśnić, jak wygląda ten schemat, skądinąd przecież tak dobrze wszystkim znany…

 

:::Jak wygląda jedynie słuszna, lewicowa wystawa?:::…

 

1. Wywołuje wrażenie nudy i powtarzalności („znowu to samo?”),

2. Kolorystyka prac lub mikroarchitektury wystawy jest zwykle szara, lub ewentualnie szaro-czarna,

3. Artysta występuje tu w roli Chrystusa-Cierpiętnika, Samarytanina lub ponurego eksperymentatora,

4. Jednym z ulubionych artystycznych tricków jest tzw. „efekt ready made”,

5. Częścią wystawy bywają często grupy ludzkie, które wprawione w ramy galeryjnych ścian wyglądają co najmniej dwuznacznie,

6. Upewnia widza, że sztuka to twór kuriozalny, który nie ma nic do zaoferowania społeczeństwu, co gorsza – utrudnia realizację szlachetnych społecznikowskich planów artysty, a samego artystę przekształca w romantycznego wariata-Don Kichota (z tekstu kuratorskiego Stanisława Rukszy: „W tej metodzie nie brakuje zamierzonego przerysowania, szaleństwa i naiwności”),

7. Utrzymuje stary, dobry porządek „artysta versus kołtuńskie społeczeństwo”,

8. Epatuje smutkiem, podniosłością, czasami wręcz tragizmem,

9. Wywołuje poczucie winy (tylko w szczególnych przypadkach), czasem obojętność, połączoną często ze zniecierpliwieniem lub – ostatecznie – pełen entuzjazm („Nareszcie coś pożytecznego dzieje się w tym Bunkrze!”).

Patrząc na wystawę Surowca pod takim kątem, całość przedstawia się niezbyt ciekawie. Tu jednak do głosu dochodzi moje „obywatelskie” sumienie, które chyba powinnam posiadać. Jakkolwiek bowiem oceniam pomysły Surowca, jedno jest pewne: artysta chciał dobrze. Z pewnością także nowi mieszkańcy Bunkra są bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy (urządzili sobie tam nawet walentynki, a w wiadomościach Polsatu jeden z nowych mieszkańców oświadczył, że „stąd się nie ruszy, tutaj umrze”!). Wreszcie, jak zwykle odezwała się moja miłość własna: kto wie, może i ja za dwa-trzy lata też będę takiego schroniska potrzebować? I czy znajdzie się wtedy artysta, który…?

Żarty żartami, ale w zasadzie sprawa jest poważna. Choćby w takiej Warszawie, teoretycznie uznawanej za centrum artystycznego życia w Polsce, czy istnieje choć jedna kulturalna instytucja oferująca pomoc dla biednych i zbłąkanych (np. dla bezdomnych krytyków, krytyczek, etc…). No właśnie, nie! Weźmy takie Muzeum Sztuki Nowoczesnej – niby stuprocentowo lewicowe, ale jak przychodzi co do czego, to nagle okazuje się, że tak byle kto to tam nie przychodzi, i raczej nie są to stali bywalcy Dworca Centralnego. Zresztą, wydaje mi się, że sami pracownicy Muzeum są świadomi tej niepokojącej sytuacji, stąd częste akcje „ocieplania wizerunku” stołecznej instytucji number one. Ale pomimo szczerych chęci i prawdziwie proletariackiego entuzjazmu, ciągle coś tam nie wychodzi. Jak Muzeum otworzyło wystawę o sztuce narodu polskiego, od razu pojawił się głosy, że to właściwie takie szydzenie, śmichy-chichy z ludu. No to pojawił się inny pomysł – muzealne dyskoteki, mające jakoś rozbawić publiczność i przemienić biało-czarne muzeum w wirującą, połyskliwą kulę. Faktycznie, niby zaczęli tam przychodzić wylansowani hipsterzy, ale przecież… wcześniej też przychodzili, więc w zasadzie nic się nie zmieniło. Następnym etapem był sylwester, stargetowany tym razem na ludzi korpo. I choć korpo-sylwester w Emilii znalazł wielu entuzjastów (nawet prof. Maria Poprzęcka rozpisywała się o niezwykłych walorach tego wydarzenia!), ja ciągle mam wrażenie, że coś tu nie gra.

Nic to, Muzeum nadal się nie poddaje: w ciągu ostatniego miesiąca Emilia funkcjonowała jako skwer sportów miejskich, gdzie wszyscy młodzi sportowcy mogli się wreszcie wyszaleć. Wydawać się może, że to akurat jest strzał w dziesiątkę, ale z drugiej strony… wiecie, w zasadzie trudno mi poczuć pełny entuzjazm do tego pomysłu, skoro sama nie jeżdżę na desce. I jakoś tak z Emilią się rozmijamy: ja – grypa i zimowa depresja (czyli typowe krakowskie „zdziadzenie”), a tam – młodość, krzepkość i sportowy lansik (nic bardziej modnego niż sportowe gadżety).

 

 

I to jest właśnie moment, gdy w prawdziwie lewicowym muzeum powinien pojawić się jedynie słuszny lewicowy artysta (taki jak Łukasz Surowiec). Tak, tak! Dosyć tego burżujskiego przepychu, pora by do Emilii wkroczyło prawdziwe życie. Zamiast drogich futer – znoszona, dworcowa kurtawka; zamiast dziecięcych śmiechów – smętne jęki dobywające się spod wytarmoszonego koca; zamiast zapachu perfum i męskich antyperspirantów – cóż…; wreszcie, zamiast absurdalnie drogiej kawiarni Moderna – tani bar mleczny, z pomidorową nie droższą niż 1,5 zł! A wszystko to, rzecz jasna, w czynie społecznym, z dobroci serca i ku pokrzepieniu (w fizycznym sensie) warszawskiej publiki. Kto wie, może wtedy nawet taka nieobywatelska krytyczka jak ja skusi się i przyjdzie do Muzeum, by wzmocnić jakkolwiek swoje „pokłady niespożytej energii”…

 

Quo Vadis, Mjuzium?

 

• • •

Czytaj także:

• • •

Karolina Plinta (ur. 1988) – zła kobieta. Studiowała historię sztuki na UJ w ramach MISH. Upierdliwa i nieznośna, twórczyni słynnego bloga Sztuka na gorąco. Sama o sobie mówi: „Hipster wannabie”.

Online za darmo

ha-art-52-4-2015
Najntisy  Wśród autorek i autorów: Jakub Baran, Jan Bińczycki, Aldona Kopkiewicz, Steve Naumann, Jakub Majmurek, Kaja Puto, Ziemowit Szczerek i...Więcej...
literatura-polska-po-1989-roku-w-swietle-teorii-pierre-a-bourdieu
Nadrzędnym celem projektu był naukowy opis dwudziestu pięciu lat rozwoju pola literackiego w Polsce (1989–2014) i zachowań jego głównych aktorów (pisarzy...Więcej...
113983
Piotr Marecki / Leszek Onak / SOYT!NBG

113983

113983 to liczba plików na laptopie Piotra Mareckiego w dniu 12 stycznia 2017 roku. W ciągu kilkunastu minut zostaje podjęta próba podniesienia ich...Więcej...
liberatura-czyli-literatura-totalna
Dwujęzyczny zbiór tekstów teoretycznych i programowych głównego twórcy i teoretyka liberatury – Zenona Fajfera, zredagowany i przetłumaczony na język...Więcej...

Czasopismo

ha-art-57-1-2017

Ha!art 57 1/2017

Lenistwo Wśród autorek i autorów: Jakub Baran, Maja Staśko, Aldona Kopkiewicz, Jakub Majmurek, Przemysław Witkowski, Lynn Suh, Wiesławiec Deluxe, Kenneth Goldsmith i inni.
Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information