Zgryz (2): Mag, wampir

Paweł Kaczmarski / Felieton

W dwóch polemicznych szkicach na temat gier wideo, które miałem okazję opublikować w ostatnich miesiącach na portalu Ha!artu1, jednymi z centralnych tematów okazały się – w sposób niekoniecznie zamierzony – kwestie specyfiki i granicy medium (medium gier i medium w…

O polityce i poezji, bezpośrednio

Aldona Kopkiewicz / Felieton

Droga Maju! Piszę do Ciebie, choć pewnie najlepiej byłoby Twoje teksty o poezji współczesnej zignorować; przemilczeć, by nie przydawać im wartości. W końcu zawsze się znajdzie ktoś, kto uzna, że teraz wszystkim pokaże, jak jest naprawdę, i wywróci stolik, przy…

Best friend forever

ZAVKA / Komiks

ZAVKA – jestem autorką komiksów i ilustratorką. Za komiks Głodny Jaś i żarłoczna Małgosia zdobyłam w 2016 r. „Złotego Kurczaka” w kategorii Rysunek. W maju 2017 r. komiks ten został wydany przez Wydawnictwo Centrala. www.behance.net/ZAVKA • • • Rysujesz komiksy…

Burdele cynamonowe

Dawid Juraszek / Felieton

Gdyby żył, miałby 125 lat. Rocznica urodzin Brunona Schulza to świetna okazja, by porozmawiać o naturze ludzkiej – i o seksturystyce. Lato. Poranek. Zaciągnięte zasłony. Podnoszę się z łóżka, sięgam na półkę pod oknem, biorę do ręki tom w twardej…

Feminizm jest nie dla mnie

Dominika Dymińska / Felieton

Ostatnio – zwłaszcza w internecie – zyskuje na popularności pewna ugładzona, popowa wersja egalitarnego, inkluzywnego feminizmu celebrującego kobiecość jako taką, we wszelkich jej formach, i zachęcającego do akceptacji, a wręcz do obdarzenia miłością własnego ciała niezależnie od tego, czy przystaje…

Intertekstualność jako przejaw błędów młodości (Maria Kądzielska, "Model")

Paulina Barańska / Felieton

Stanisław Barańczak wielkim tłumaczem i poetą był. Wszyscy o tym wiemy, a jak ktoś twierdzi inaczej, to się nie zna. Ale skoro już silę się tu na coś osobistego, to podziwiam go przede wszystkim za Książki najgorsze – cykl pamfletów…

Mój Stary: wypracowanie site-specific

Stroix / Felieton

Tekst ukazał się w albumie o historii Narodowego Starego Teatru wydanym przez Narodowy Stary Teatr. Dziękujemy za zgodę na przedruk.   Trochę nie wiem, co powiedzieć, bo ja w Starym Teatrze, no, tak jakby mieszkam. Nie tyle przychodzę, co nie…

Sztuka dla sztuki, zabawa dla zabawy

Anna Fiałkowska / Felieton

Nie jestem osobą pozytywną, to na pewno. Nie potrafię wypowiadać legendarnej frazy „będzie dobrze”. Niestety – zwracam raczej uwagę na to, co gorsze, niż na to, co lepsze, a przede wszystkim nie potrafię się w nic zaangażować. Oto moje wady.…

Przemytnicy [fragment]

Konrad Janczura / Proza

Od rana trzeba było towar rozwozić. Zajechali najpierw na Lubaczów, na ruski targ. Tam jest w centrum miasta taka stara miejscówa, gdzie się rozkładają handlarze. Kiedyś było ich więcej, ale gmina wygnała większość na przedmieścia. I tam nikt nie chodzi,…

Namaluj Popka

Shiv Kotecha / Książka

Książka w postaci malowanki, ale takiej, do której należy użyć własnej wyobraźni. Odmalowuje się tutaj – z pamięci! – postaci z obszaru popkultury, celebrytów i polityków. Pierwsza część składa się z nazwisk stu ludzi, których usiłuje odtworzyć podmiot. Część druga…

Życie literackie w Krakowie

Jacek Olczyk / Książka

Inspirująca podróż w czasie przez krakowskie życie literackie – od kawiarń Młodej Polski przez kultowe miejsca PRL-u po alternatywną cyberkulturę XXI wieku. Owoc wieloletnich badań Jacka Olczyka, który przeczesywał pamiętniki, korespondencję, dobrą i złą prasę, by stworzyć pierwszą tego rodzaju…

Między Placem Bohaterów a Rechnitz [fragment]

Monika Muskała / Proza

– Gdzie są ruiny zamku? – pytam młodego człowieka, który wysiadł właśnie z samochodu przed kościołem na niewielkim placu wyglądającym na centrum miejscowości.– Musi pani wrócić – odpowiada – zamek jest paręnaście kilometrów stąd, w Lockenhaus.– Ale tutaj też był…

Frontpage Slideshow | Copyright © 2006-2013 JoomlaWorks Ltd.

Karolina Plinta - Sztuka na gorąco (14): Sztuka w małpim gaju

Redakcja

O artystach zwykło się mówić, że mają do odegrania niezwykle ważną rolę w społeczeństwie. Tak przynajmniej twierdzi się w kręgach „artystowskich”, które to nieustannie imają się różnych sztuczek, żeby jakoś podnieść swoje morale.

Jaka jest rzeczywistość, oczywiście trudno stwierdzić (piszę to tak na wszelki wypadek, żeby później nikt mi nie wymawiał, że mam poglądy „korwinistyczne”), jednak w całym tym użyteczno-społecznościowym galimatiasie jedno jest pewne: nawet jeśli artyści uważają siebie za ważnych i potrzebnych, to znakomita większość naszego społeczeństwa ma artystów i ich zakichaną „sztukę współczesną” po prostu w zadku. Niestety, do tej większości zaliczyć trzeba także naszych polityków; i choć to może zbyt gruboskórnie zabrzmi, chciałoby się powiedzieć, że III RP artystycznym wypięciem stoi.

Kiedyś to wyglądało inaczej. W II RP sztuka to była przecież kwestia narodowa i polski bilet na pociąg ku nowoczesności. W Polsce Ludowej temat sztuki też był ważny, toczono przecież różne na tym tle polityczne spory, ustanawiano nakazy, akty konformistyczne czy wywrotowe. Niektórzy narzekają, że w PRL-u było niezbyt fajnie i raczej trzeba się tego wstydzić, ale jak się popatrzy na to, co się działo później… No bo co właściwie po tym osiemdziesiątym dziewiątym w Polsce mamy? Kilka skandali typu wypchane zwierzaki, zgnieciony papież czy obieranie ziemniaków w galerii, po których następuje niechlubny moment wypięcia się społeczeństwa na sztukę. Jak bardzo jesteśmy na sztukę wypięci, doskonale pokazała niedawno wystawa Maurizio Cattelana w Zamku Ujazdowskim: dwie sale zapełnione martwymi zwierzakami i bluźnierczą anty-sztuką, do tego gdzieś w centrum stolicy klęczący Hitlerek – i jak społeczeństwo zareagowało na powrót skandalisty? Na palcach można wyliczyć ludzi, których to obeszło. Podobnie zresztą było w przypadku „skandalizującej” wystawy Uklańskiego w Zachęcie – urządził biedaczyna w salach galerii prawdziwie polską dyskotekę, ale zabawić się na parkiecie przyszli nieliczni. Co gorsza, na narodowym party nie pojawił się ponoć nawet sam artysta…

Nasi politycy jak zwykle doskonale wyczuwają wszystkie te trendy i ze sztuką współczesną obecnie raczej się nie zadają. Bo niby po co, skoro nikogo to nie wzruszy, a walczyć z artystą to przecież jak porywać się z motyką na wiatrak? Polityczno-artystyczny impas stara się ostatnimi czasy przełamać nasze Muzeum Sztuki Nowoczesnej, organizując różne „narodowe” imprezy. Jednym z ostatnich takich przedsięwzięć była wystawa Jaka sztuka dzisiaj, taka Polska jutro, urządzona w salach Pałacu Prezydenckiego. Inicjatywa słuszna, bo przecież sztuka jest przede wszystkim o ludziach, a ludzie to naród, który to państwo współtworzy… Ponadto, sztuka powinna dawać dobry przykład naszej klasie panującej, wyznającej zasadniczo odwieczną zasadę: „Hulaj dusza, piekła nie ma”. Tak właśnie! Pewnie niektórych z was to przerazi, ale to jest właśnie mój pogląd na sztukę: rolą artysty jest zadać kłam małpiemu gajowi, który to wydziewa się codziennie w salach i korytarzach polskiego sejmu.

No, ale pora zejść na ziemię. Jeśli bowiem samo hasło „Jaka sztuka dzisiaj…” jest dosyć chwytliwe i rzutkie, to sama wystawa pełniła raczej rolę ozdobnika do niego. Ot, parę dzieł z kolekcji muzeum złączonych niby to jakąś narodową treścią, ale taką raczej od sasa do lasa. Żeby tego było mało, wystarczy tylko przejść się po pozostałych, udostępnionych dla publiczności salach, by odnieść wrażenie, że akurat ze sztuką to w Pałacu Prezydenckim krucho. A dokładniej – krucho z artystycznym smakiem. Arkadyjski salonik prezydentowej Kwaśniewskiej trąci mieszczaństwem, a w dolnych salach – wystawa prac Nowosielskiego, zawieszonych na ścianach koloru Ikea Blue. Pałacowa kaplica, stworzona za kadencji śp. Kaczyńskich, oczywiście po „polsku” nudna i szlachecka. Całość miałka i raczej do szybkiego zapomnienia, ręką współczesnego artysty nietknięta. Wychodząc z pałacowych sal, miało się jednak nieprzyjemne wrażenie, że dobre hasło, wymyślone przez kuratorów MSNu, jakoś tak przeciwko nim się obróciło i wypięło, zza sarmackiego półdupka dodając: „Jaka sztuka wczoraj, taka Polska jutro”…

Ale ja tu feruję sobie estetyczne sądy, a tymczasem ucieka mi główny temat tej rozprawy, a mianowicie: relacje sztuki z władzą i status społeczny artysty. Zbliża się w końcu rocznica pamiętnego ArtStrajku, który wstrząsnął w zeszłym roku całym artystycznym środowiskiem i nawet część krajowych galerii z tego powodu się zamknęła, oczywiście na krótko (a potem jeszcze zaczęła za to przepraszać). Co do mnie, oczywiście popieram wszelkie działania i inicjatywy Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej, bo w końcu nie może tak być – psiakość! – żeby w tym kraju artysta nawet ubezpieczenia zdrowotnego nie miał. Pod tym względem akurat w PRL-u było lepiej (ten wywód tu zamknę, bo znów ktoś zacznie krzyczeć, że jestem komunistką). Z okazji zbliżającej się rocznicy ArtStrajku postanowiłam więc wybrać się na spotkanie o wiele mówiącym tytule – Kaszel artysty. Tym razem, w ramach seminarium prowadzonego przez dr Mikołaja Iwańskiego, do siedziby Krytyki Politycznej zawitała między innymi prof. Elżbieta Mączyńska-Ziemacka (Szkoła Główna Handlowa), która w dosyć prosty sposób wyłuszczyła nam, że żyjemy w nowej, trudnej epoce, dla której nikt jeszcze nazwy nie znalazł. Efektem tej nowej epoki jest dziki kapitalizm i pogłębiający się kryzys, który potrwa jeszcze co najmniej dekadę. Tak, kochani! Nie ma co liczyć na cudowny koniec kryzysu, nie należy także ratunku szukać w państwie, które od wszystkiego – z hulającym kapitalizmem włącznie – umywa ręce.

No to się zasępiłam. Pewnie to naiwniutkie, ale ja jednak miałam nadzieję, że za rok, dwa stanę na nogi i zacznę wreszcie żyć pełnią życia, tymczasem szykuje się raczej posępna „późna młodość”… A co na to mogą powiedzieć artyści? Część z nich pewnie nie dożyje końca kryzysu – w końcu każdy z nas wie, że nieleczony kaszel może przemienić się w śmiercionośne zapalenie płuc. Zapomniani przez polityków i społeczeństwo, nasi krajowi artyści dogorywają sobie gdzieś zupełnie na boku, odprawiając przeróżne spektakle zaangażowania, w które już chyba tylko oni sami wierzą. Dramatyczny obraz końca pewnej epoki.

W obliczu tak ponurej sytuacji nasunąć się może złota sentencja ze sztuki W imię Jakuba S. Demirskiego i Strzępki: „Nie chcę już żyć bez marchewki, która jest tylko brakiem kija / chcę być znów dyrektorem marketingu”. Pomyślcie tylko: czyż nie cudownie byłoby choć raz znów poczuć sens i celowość artystycznego bytu, mieć realny wpływ na polityczną rzeczywistość i jednym gestem artysty grzmotnąć w zakute łby co poniektórych urzędasów? Wizja doprawdy smaczna, lecz i tu rodzi się sporo wątpliwości: bo co niby ja bym na przykład zrobiła, mając taki jeden gest artysty? Zaznaczam, że to musi być właśnie gest artystyczny, to powinna być ta sztuka, która wreszcie wedrze się w rzeczywistość i złamie ją wpół.

Łatwo rzucić pierwsze słowo, trudniej wymyślić końcówkę. Szczególnie taka osoba jak ja może mieć z tym kłopot – popłuczynowa krytyczka, która śmieje się z artystów, bo nie potrafi zrobić lepiej. Myśląc więc o tym rewolucyjnym geście, od razu przyszło mi na myśl, że to musi być coś dużego, taka powiedzmy – „gruba sprawa”. Duże… albo głośne. I tu od razu przypomniałam sobie moją wizytę w Muzeum Fryderyka Chopina, która to miała miejsce nieco ponad miesiąc temu. Gmach przy Tamce postanowiłam zwiedzić z okazji Interwencji Dźwiękowo-Wizualnych, jakie mają ostatnio miejsce w muzeum: współcześni artyści dokonują krytycznych (lub nie) interwencji w muzealnych salach, co ma zapewne jakoś ubarwić całość ekspozycji. W przypadku Muzeum Chopina sprawa jednak nie jest zbyt łatwa, jego wnętrza są naszpikowane elektroniką i nowoczesnymi instalacjami, wszystko się tam rusza i błyszczy, więc chyba trudno coś do tego dodać. Całość interwencji nie zrobiła na mnie więc zbyt dużego wrażenia, a już szczególnie bezsensowna wydała mi się instalacja Pleśń Konrada Smoleńskiego, który w kilku punktach zamontował zwisające z sufitów mikrofony. Z mikrofonów miał dobywać się gruźliczy kaszelek, będący niby przypomnieniem o ciemniejszej stronie życia mistrza Fryderyka. Pomysł jednak trochę zakrawał na ponowne odkrywanie Ameryki, szczególnie, że w samym muzeum jest osobna salka „katakumbowa”, której celem jest opiewanie momentu śmierci Chopina.

Realizacja Smoleńskiego w Muzeum Chopina zbyt wstrząsająca nie była, ale, z drugiej strony – sam pomysł montażu zamaskowanych mikrofonów, które mają zakłócać odbiór znormalizowanej rzeczywistości, gdzieś tam jest jednak interesujący. A gdyby tak, w ramach Jednego Gestu Artysty, zamontować w polskim sejmie takie mikrofony, okrutnym rzężeniem przypominające o tragicznej kondycji artysty? Rzecz mogłaby być szczególnie użyteczna, gdy na sejmową mównicę wchodziłby jakiś niezbyt ogarnięty typ w rodzaju Gowina albo Pawłowicz. Ale wtedy kaszel artysty pewnie powinien przemienić się w rechot… Zapewne pojawiłyby się też problemy z selekcją posłów – bo kogo dopuścić do głosu, a kogo po prostu wykaszleć?…

Nie, to jednak nie mogłoby się udać, za dużo ze wszystkim rabanu, a dodatkowe krzyki w sejmie raczej nie przyczynią się do jakiejkolwiek zmiany sytuacji. Poza tym, nie ma nic gorszego od sztuki naznaczonej cierpiętniczym sznytem. Ja osobiście zawsze opowiadałam się za sztuką wesołą, a nawet dowcipną, która bawiąc uczy. Więc kaszel artysty jednak odpada.

Cała sprawa pewnie do dziś pozostałaby nierozwiązana, gdyby nie zaskakująca podpowiedź, jaką pozyskałam za sprawą Internetu. Oto ostatnio natknęłam się na informację, że na początku czerwca w Krakowie, Poznaniu i Warszawie przeprowadzana będzie akcja społeczna Orzeł Może. Celem akcji ma być rozprawienie się ze stereotypem Polaka-pesymisty, a w ramach obchodów polskiej pozytywności planowany jest m.in. koncert ze szlagierami z lat 20. i 30., odsłonięcie pomnika Orła Białego z białej czekolady pod Pałacem Prezydenckim oraz „desant” miliona ulotek na Rynek Główny w Krakowie. Aby zachęcić ludzi do ich chwytania, ulotki będą miały formę banknotu stuzłotowego. Głównymi organizatorami akcji są Trójka i „Gazeta Wyborcza”.

I to jest właśnie to działanie, z którego należy brać przykład. Może co prawda jest to coś więcej niż jeden gest artysty, ale za to – proszę państwa – jest wesoło i pozytywnie. Tak właśnie powinniśmy myśleć i robić my, ludzie od sztuk wizualnych. Tym bowiem, co najbardziej ciąży polskiemu artyście, jest jego wizerunek własny, dla zwykłego Polaka nieprzyjemny i obcy. Z tego względu Festiwal Pozytywnego Artysty uważam za absolutnie niezbędny. Najwyższa pora rozprawić się ze stereotypem artysty-pesymisty. Bo jak teraz wygląda ten artysta? Ano smutny jest i ciągle narzeka. Tymczasem akcja inspirowana będzie wiarą w potencjał, jaki w nich – artystach – tkwi, będzie to także możliwość pokazania im samym (a także wszem i wobec), że robią fantastyczne, niepowtarzalne rzeczy. W końcu polska sztuka znana jest coraz większej grupie zagranicznych odbiorców, doskonale funkcjonuje w świecie i określa rzeczy cechowane najwyższą jakością.

Dzień Pozytywnego Artysty (sugerowana data to chyba rocznica ArtStrajku) zacząć powinien się od wystrzelenia nad sejmem miliona fałszywych banknotów z wizerunkiem Pozytywnego Artysty i inskrypcją: „Jaka sztuka dzisiaj, taka Polska jutro”. Posłowie na pewno się rzucą do zbierania, więc żadnych służb porządkowych wzywać nie będzie trzeba. Następnie na Pałacu Kultury wywieszona zostanie ogromna metka przedstawiająca procentowy odsetek artystów smutnych i wesołych w Polsce (tutaj może nas jednak czekać niemiła niespodzianka…). Kulminacyjnym punktem imprezy byłoby z kolei odsłonięcie przed Zachętą pomnika Pozytywnego Artysty, całego z lukru i z kciukiem wzniesionym ku górze, pod którym Pan Prezydent RP mógłby złożyć bukiecik z miśków-żelków – taki, jaki można kupić w każdym Empiku. Byłby to piękny gest w kierunku umierającego czytelnictwa w Polsce. Później wiadomo – tańce, hulanki, „ona tańczy dla mnie”, może skromny pokaz mody (Naga i ubrana – polskie artystki XXI wieku)? Całą zaś imprezę powinien poprowadzić Wojciech Siudmak, ku pokrzepieniu serc.

Wszystko to może wydawać się lekko niedorzeczne, ba – pewnie niektórzy z was uznają, że takie działania zupełnie nie mieszczą się kategorii „nowej sztuki narodowej”. Ale, z drugiej strony, w końcu co kraj, to obyczaj… No i w zasadzie odpowiedzcie sobie sami: co wy byście zrobili, mając tylko jeden gest artysty? Albo nawet i kilka?

• • •

Czytaj także:

• • •

Karolina Plinta (ur. 1988) – zła kobieta. Studiowała historię sztuki na UJ w ramach MISH. Upierdliwa i nieznośna, twórczyni słynnego bloga Sztuka na gorąco.

Online za darmo

ha-art-52-4-2015
Najntisy  Wśród autorek i autorów: Jakub Baran, Jan Bińczycki, Aldona Kopkiewicz, Steve Naumann, Jakub Majmurek, Kaja Puto, Ziemowit Szczerek i...Więcej...
literatura-polska-po-1989-roku-w-swietle-teorii-pierre-a-bourdieu
Nadrzędnym celem projektu był naukowy opis dwudziestu pięciu lat rozwoju pola literackiego w Polsce (1989–2014) i zachowań jego głównych aktorów (pisarzy...Więcej...
113983
Piotr Marecki / Leszek Onak / SOYT!NBG

113983

113983 to liczba plików na laptopie Piotra Mareckiego w dniu 12 stycznia 2017 roku. W ciągu kilkunastu minut zostaje podjęta próba podniesienia ich...Więcej...
liberatura-czyli-literatura-totalna
Dwujęzyczny zbiór tekstów teoretycznych i programowych głównego twórcy i teoretyka liberatury – Zenona Fajfera, zredagowany i przetłumaczony na język...Więcej...

Czasopismo

ha-art-56-4-2016

Ha!art 56 4/2016

W Polsce, czyli nigdzie Wśród autorek i autorów: Dezydery Barłowski, Claudia Ciobanu, Steve Naumann, Kaja Puto, Ewa Maria Slaska, Lynn Suh, János Térey, Jakub Wencel i inni.
Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information