Grzegorz Wysocki - Teatr absurdu po tragedii
Miłada Jędrysik pisała jakiś czas temu w „Gazecie Świątecznej”: „Smoleńska katastrofa postawiła przed nami ogromne lustro. Zastanawiamy się z niezwykłą intensywnością, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy”.
Był to sąd w ostatnich tygodniach dość powszechny i można się z nim nawet zgodzić, ale warto też zauważyć, że wspomniane lustro nie raz i nie dwa stawało się ogromnym krzywym zwierciadłem, dzięki któremu „z niezwykłą intensywnością” mogliśmy się przyglądać licznym rdzennie polskim absurdom i szaleństwom. Być może w czasie przeżywania tej niewątpliwej tragedii nie wszyscy zwrócili na nie uwagę, dlatego przygotowałem dla czytelników „Ha!artu” coś w rodzaju krótkiego subiektywnego bryku z różnego rodzaju odstępstw od norm psychicznych, cywilizacyjnych i, tak tak, literackich.
Media.
Krytyka dziennikarzy, reporterów i prezenterów, których okoliczności zmusiły do wielogodzinnych relacji „na żywo” oraz zamiany powszedniego języka medialnego na język Wielkich Słów, pytań egzystencjalnych i spraw ostatecznych jest zadaniem nader łatwym i – za sprawą owej łatwości – mało komfortowym. Z drugiej strony, trudno na ten aspekt wydarzeń z ostatniego miesiąca nie zwrócić uwagi, skoro zdecydowana większość Polaków swoją żałobę przeżywała dzięki włączonym telewizorom, pogłośnionym odbiornikom radiowym i zaczytanym egzemplarzom specjalnych wydań dzienników i tygodników.
W ten sposób mogliśmy usłyszeć dziennikarza pytającego Aleksandra Kwaśniewskiego o to, dlaczego nie było go na pokładzie rzeczonego samolotu (odpowiedź byłego prezydenta: „Bo nie zostałem zaproszony” prowokuje dociekliwego reportera do kolejnego pytania: „A gdyby pan był?”). Nie mniej pomysłowy był inny dziennikarz znanej stacji telewizyjnej, który po otrzymaniu informacji o katastrofie zapytał gości zgromadzonych w studiu: „Jak panowie myślą, czy to dobry temat na scenariusz filmu?”. Znany dziennikarz próbując dowiedzieć się od znanego polityka, co robił, gdy „to” się stało doprecyzowuje: „Nogi się pod panem ugięły?”.
Innym schorzeniem rodzimych dziennikarzy w ostatnich tygodniach była przesadna histeryczność tak wypowiadanych przez nich słów jak i zachowań na wizji. Znana dziennikarka w trakcie rozmowy z posłem: „Pan wie, ile ja łez wylałam?”. Jak słusznie podkreślił w komentarzu dla „Press” Andrzej Skworz: „Rozumiem płaczących Polaków. Nie rozumiem płaczących dziennikarzy. Oni nie są od tego, by przeżywać na ekranie emocje, ale od rzetelnego informowania o tych, którzy te emocje odczuwają. Dziennikarka, którą nie tak dawno Lech Kaczyński nazwał Stokrotką, teraz przez trzy dni roni łzy w trakcie wywiadów. A ja się zastanawiam, czy chciałbym pójść do lekarza, który zamiast mi fachowo pomóc, chlipałby nad moim nieszczęściem. Przez łzy gorzej widać”. I jeszcze Wiesław Godzic, medioznawca: „Media od momentu tragedii działają trochę jak uczniowie czarnoksiężnika: potrafią coś rozpętać, ale nie wiedzą, jak to zatrzymać. Odbieram to jako brak profesjonalizmu, gdy przez trzy, cztery dni dziennikarze płaczą”.
Kolejny problem to brak informacji ze świata w dniach żałoby narodowej oprócz oczywiście tych, które mówiły o reakcjach zagranicznych przywódców na smoleńską katastrofę, przesyłanych kondolencjach i rzekomym wstrząsie, w jakim znaleźli się wszyscy mieszkańcy kuli ziemskiej (komentator kilka godzin po niedzielnym pogrzebie: „Wszystkie stacje telewizyjne świata transmitowały dzisiaj tę uroczystość na żywo”). Choć już od sobotniego ranka wszystkie większe rodzime stacje zmieniły ramówkę na informacyjną, trudno było się z nich dowiedzieć czegokolwiek o tragicznym trzęsieniu ziemi w Chinach, które pochłonęło setki ludzkich istnień.
Do refleksji skłaniali w ostatnich dniach także ci publicyści, którzy – głównie w prasowych komentarzach – decydowali o tym, kto jest prawdziwym Polakiem i rasowym patriotą, kto może dzisiaj występować w mediach z podniesioną głową i ma prawo przeżywać obecną tragedię, a kto z racji swoich lewicowych przekonań powinien schować się w tych dniach w piwnicy swojego mieszkania i tam przeżywać cichy triumf. Do klasyki polskiej publicystyki przejdą zapewne szczere słowa profesora Krasnodębskiego, który na łamach „Rzeczpospolitej” wyraził wprost swoją pogardę wobec tych wszystkich, którzy przed tragedią nie pałali szczególną sympatią do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a dzisiaj mają czelność przeżywać jego śmierć. Jakby walka polityczna, różnice ideowe i spory światopoglądowe były równoznaczne z życzeniem komuś (w tym prezydentowi kraju) śmierci.
Przemilczę w tym miejscu inne, zupełnie już debilne zachowania mediów w rodzaju zajawki na stronie internetowej „Super Expressu” ("Zobacz makabryczne zdjęcia, pourywane ręce i głowy ofiar ze Smoleńska – WIDEO").
Facebook,
czyli kilka słów o tragedii smoleńskiej i późniejszej żałobie w Internecie. Telewizje, radiostacje i dzienniki, które po 10 kwietnia ogłaszały wszem i wobec ogólnonarodową zgodę, zakończenie wszelkich waśni i sporów oraz początek nowej jakości debaty publicznej zdecydowanie różniły się od życia wewnętrznego serwisów społecznościowych, gdzie bardzo szybko dokonał się dość prostolinijny podział na zacietrzewionych haterów i przeciwników tego całego „żałobnego cyrku” z jednej strony i częstokroć pretensjonalnych, płaczących wirtualnymi łzami, a z pewnością równie zacietrzewionych „obrońców prawdziwej polskości” z drugiej. Z jednej strony komentarze internautów (w tym młodych lewicujących prozaików), którzy informowali zgromadzonych przed monitorami, że Polska bez Kaczyńskiego, Gosiewskiego czy Wassermana to Polska lepsza, z drugiej – dziesiątki elektronicznych świeczek, zastępowanie swoich portretów zdjęciowych czarnymi wstążeczkami i egzaltowane komentarze o tym, że kto (w domyśle: z Krakusów) nie przybędzie na mszę świętą na Wawel nie powinien nazywać siebie patriotą, że w tych dniach cały świat powinien się zatrzymać i gorzko zapłakać, że to wielka tragedia porównywalna tylko ze zburzeniem WTC i śmiercią księżnej Diany i Michaela Jacksona (sic!).
Na dziesiątkach profili toczyły się w najlepsze rozbudowane, osiągające nawet po kilkadziesiąt komentarzy, dyskusje, w których próbowano na przykład rozstrzygnąć czy nie mieliśmy do czynienia z zamachem terrorystycznym, czy TVP miała prawo w dniu tragedii wyemitować „Katyń” Andrzeja Wajdy (jeden z komentarzy: „Rozumiem, że gdyby wśród ofiar był ktoś z Twojej najbliższej rodziny byłoby Ci miło widząc taki film w takim dniu w programie głównego kanału TVP?”; z pewnością w dniu, w którym zginąłby ktoś z mojej najbliższej rodziny oglądałbym wieczorem telewizyjną „jedynkę”..) oraz dlaczego dzieciom zabrano „Wieczorynkę” (być może władze TVP postanowiły w ten sposób zaprojektować najmłodszym przeżycie pokoleniowe, coś na kształt zabranego 13 grudnia 1981 roku „Teleranka”?).
Do tego jeszcze Krytyka Polityczna proponowała na swojej fanowskiej stronie lekturę komentarza Jakuba Majmurka pod wymownym tytułem „Smoleńsk albo odpowiedź Realnego”, a kolejni użytkownicy podsyłali sobie propozycję o takiej mniej więcej treści: „Jan Kowalski proponuje, żebyś został(a) fanem strony Tragedia pod Smoleńskiem”. Jak donosiła „Gazeta Wyborcza”, część osób kliknęło „Lubię to!” po zamieszczeniu przez serwis www.spieprzajdziadu.com na Facebooku informacji o treści: „Prezydencki samolot rozbił się w Smoleńsku”.
Prawdziwe szaleństwo i festiwal absurdu rozpoczął się po ogłoszeniu decyzji o pochówku pary prezydenckiej na Wawelu. Setki osób zaczęły dołączać do grup w rodzaju: „TAK dla pochowania Kaczyńskich na Wawelu!!!”, „NIE dla pochówku L. Kaczyńskiego na Wawelu”, „Nie! dla Stadionu Narodowego im. L. Kaczyńskiego”. Ta – dla wielu żenująca i zupełnie nieśmieszna – zabawa w myśl zasady „tylko absurd może nas uratować” zaczęła się rozkręcać w najlepsze wraz z kolejnymi, coraz bardziej surrealistycznymi grupami fanowskimi takimi jak: „Ja też chcę być pochowany(a) na Wawelu!”, „TAK dla Stadionu Narodowego na Wawelu”, „TAK dla Wawelu im. L. Kaczyńskiego”, „NIE WIEM dla Eyjafjallajoekull na Wawelu!” czy „wzywamy Islandczyków do przeproszenia za zachowanie ich wyspy!”. Jakże wielką ulgę po tych wszystkich zaproszeniach do dziesiątek grup przyniosła jeszcze jedna propozycja znaleziona w skrzynce: „NIE dla wszystkiego, wszystkich i wszędzie!”. Lubię to!
Poeci.
Właściwie powinno być „poeci”, ale w grupie twórców, którzy postanowili lirycznie zareagować na smoleńską katastrofę znalazł się także Jarosław Marek Rymkiewicz, poeta niewątpliwie utalentowany, utytułowany, wielokrotnie nagradzany i – jak się do tej pory wydawało – unikający pisania wierszy politycznych, publicystycznych, doraźnych i z terminem przydatności do dwóch tygodni. Autor „Kinderszenen” w poniedziałek 19 kwietnia przesłał do redakcji „Rzeczpospolitej” utwór pt. „Do Jarosława Kaczyńskiego”, w którym czytamy m.in.:
[…]
Powiedzą że to patos – tu trzeba patosu
Ja tu mówię o sprawie odwiecznego losu
Co zrobicie? – pytają nas teraz przodkowie
I nikt na to pytanie za nas nie odpowie
To co nas podzieliło – to się już nie sklei
Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei
Którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu
Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu!
Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo?
O to nas teraz pyta to spalone ciało
I jest tak że Pan musi coś zrobić w tej sprawie
Niech się Pan trzyma – Drogi Panie Jarosławie
W jednym z wywiadów opublikowanych w „Rozmowach polskich w latach 1995-2008” Rymkiewicz przypomina o swoich lirykach pisanych w latach 80., kiedy uznał, że ma wobec swojej ojczyzny pewne obowiązki, z których nic nie mogło go wtedy zwolnić: „[…] w służeniu sprawie narodowej nie ma doprawdy nic gorszącego ani upokarzającego, każdy ma służyć, jak potrafi. […] Tu się muszę roześmiać, bo co to za służba, te moje wiersze wieszczące śmierć i zagładę”. Tym razem roześmiał się nie tylko sam poeta, ale i wielu internautów. Swojego rozbawienia i poczucia zażenowania nie kryją chociażby bywalcy znanego vortalu poetyckiego Nieszuflada (Jacek Dehnel: „Problem leży nie tylko w podziale, rodem z karykatury, ale i w niewolniczej partyjności tego tekstu; to jest czysty socreal”; Dehnel zaprezentował także autorską przeróbkę utworu Rymkiewicza na tren po śmierci Bieruta, pt. „Do Aleksandra Zawadzkiego”). W innym wątku, zatytułowanym „Hienizm poetycki”, użytkownicy Nieszuflady pastwią się nad „In hora mortis”, okolicznościowym, napisanym już 10 kwietnia wierszu poety Wojciecha Wencla:
Jeszcze Polska nie zginęła póki my giniemy
póki nasi starsi bracia wędrują do ziemi
tam tajemne biją źródła tryskają strumienie
tam śmierć pada na kolana przed wiecznym istnieniem
tam zabici w ciemnym lesie modlą się za nami
tam powstańcy do Śródziemia idą kanałami
ścieżka wiedzie przez grób Pański - nie ma innej drogi
trzeba się owinąć w całun biały i czerwony
[…]
Jak komentuje Grzegorz Janoszka, autor omawianego wątku forum: „Gdyby istniała poetycka Złota Malina [Wencel] wygrałby w przedbiegach i przy owacjach na stojąco. Z jednej strony to całkiem zabawne, z drugiej wierszydło wywołuje niesmak. Ekspresowa reakcja na smoleńską tragedię połączona z tandetą pseudopoetyckiego wywodu”. Do kolekcji – mówiąc eufemistycznie – budzących (nie tylko estetyczny) sprzeciw wierszy napisanych po katastrofie w Smoleńsku dołączyć trzeba też „Tren smoleński”, liryk Szymona Babuchowskiego, w którym czytamy:
jest przejście w tamtym lesie – uchylone okno
przez które wyfruwali z piwnicy na światło
jakby ostry świst kuli zmieniał ich w aniołów
jakby im rosły skrzydła od jednego strzału
[…]
w to przejście wpadli teraz jak żywe pochodnie
i płoną razem z nimi na wspólnym pogrzebie
jest przeciąg w tamtym lesie – wywiewa przez okno
samolot nawleczony na ucho igielne
Nie zamierzam się tutaj pastwić nad tego rodzaju pseudopoetyckimi produkcjami okolicznościowymi, ale warto, by czytelnicy „Ha!artu” wiedzieli również o tym neomartyrologicznym nurcie poezji polskiej, który narodził się 10 kwietnia 2010 roku. Wydawców zainteresowanych tomem zbierającym w jednym miejscu wszystkie ostatnio napisane „treny smoleńskie” proszę o kontakt, gdyż udało mi się zebrać już kilkadziesiąt takich utworów. Obok wspomnianych i cytowanych wyżej Rymkiewicza, Wencla i Babuchowskiego, obok dziesiątek wierszy publikowanych w Internecie przez samozwańczych poetów i poetki (jeden z przykładów, wiersz „Nowy Katyń” nadesłany przez pana Henryka Liszkiewicza opublikował także „Newsweek” w numerze 17/2010) jest jeszcze – last but not least – Isabel Marcinkiewicz i jej czternastowersowy „10.04.10”. Wiersz do przeczytania nie tylko na blogu wybranki ex-premiera, ale też na wszelkich możliwych pudelkach, pomponikach i kozaczkach.
• • •
Grzegorz Wysocki - krytyk literacki okazjonalnie parający się innymi gatunkami. Stale współpracuje z Dwutygodnikiem, Wirtualną Polską, Polskim Radiem. Publikował i publikuje w wielu miejscach (m.in. w "Dzienniku", "Twórczości", "Lampie", "Krakowie", "Ha!arcie", "FA-arcie"). Autor kilku blogów (m.in. inteligenckiego brukowca http://innymislowy.blogspot.com/). Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uzależniony od coca-coli (http://finding-cola.blogspot.com/), Internetu i dobrych seriali. Walczy w ruchu oporu przeciwko dyktaturze skowronków.
!!! MAKIETA !!!
?
!!! MAKIETA !!!
?
