Piotr Kletowski - Miłość i śmierć w parkowej latrynie
O wyczekiwanej adaptacji filmowej Lubiewa w reżyserii Luciano B.
Po udanej Wojnie polsko – ruskiej Xawerego Żuławskiego, według powieści Doroty Masłowskiej, na ekrany polskich kin wchodzi adaptacja powieści Lubiewo Michała Witkowskiego – kolejnej, wielkiej polskiej powieści (...)
(a chyba znacznie lepszej od ekwilibrystycznej językowo, ale raczej wyzerowanej intelektualnie powieści Masłowskiej), tym razem powieści gejowskiej, która na trwałe odmieniła oblicze nowej, polskiej literatury. W przejmującej, odważnej opowieści o świecie żyjących w PRL-u homoseksualistów, Witkowskiemu, przy pomocy niezwykle plastycznego, wyrafinowanego, miejscami poetyckiego języka, udało się opisać środowisko polskich ciot, których życie sprowadza się do wyczekiwania i przeżywania seksualnej ekstazy, stanowiącej alternatywę do przerażającej, okrutnej rzeczywistości nie tyle samego PRL-u, co świata, w którym homoseksualista postrzegany jest jako obywatel drugiej, czy nawet trzeciej kategorii. Wartość powieści Witkowskiego nie leżała jednak jedynie w tym, że była to (przede wszystkim) opowieść środowiskowa. Tak naprawdę bohaterowie powieści Witkowskiego, mimo że na pierwszy rzut oka (zwłaszcza dla nie-homoseksuality) wprost odpychający i obrzydliwi, w jakiś sensie, w trakcie lektury, stawali się po prostu (aż) ludźmi, których człowieczeństwo manifestowało się właśnie w ich inności, skazującej na gehennę odepchnięcia, brutalnego traktowania, czy wręcz śmierci. Opisywane przez Witkowskiego sceny pedalskich „godów”, odbywających się w opuszczonych miejskich parkach, publicznych toaletach i dworcach. Dziwne, śmieszno-straszne, pedalskie rytuały na czele z nadmorskimi „wypadami” w poszukiwaniu coraz to nowszych, erotycznych przygód. Wreszcie rozdzierające swym dramatyzmem sceny konfrontacji bohaterów powieści ze światem „normalnym”, nie tolerującym manifestowanej inności, aż prosiły się o sfilmowanie, nadanie im odpowiedniego filmowego kształtu, adekwatnego do powieściowej formy.
Wydawało się wprost niemożliwe, że w obrębie kinematografii polskiej ktoś porwie się na dzieło Witkowskiego. Nie mamy bowiem w rodzimej tradycji kina gejowskiego, a przykłady (jak Zygfryd, Domagalika), tylko potwierdzają regułę o anemii tego typu filmowych produkcji. Najodpowiedniejszym do realizacji Lubiewa w wersji filmowej byłby np. Pedro Almodovar, albo – co lepsze – Gus Van Sant (My Own Private Idaho!!!), jednakże tekst Witkowskiego raczej nie zrobił międzynarodowej kariery, a i jego specyfika (silnie osadzona w PRL-u), wymagała by jednak reżysera o polskich korzeniach.
I wreszcie po latach od literackiej premiery, i przymiarkach realizacyjnych wielu filmowców (film miał realizować Xawery Żuławski, Artur Urbański, Krzysztof Krauze i nawet do reżyserii przymierzał się Krzysztof Warlikowski, obierając adaptację Lubiewa na swój debiut filmowy), mamy kinowe Lubiewo, wyreżyserowane przez Luciano B. – kiedyś młodego, drapieżnego twórcy, którego filmy, takie jak Metamorfozy, czy zwłaszcza wybitny, choć niedoceniony Ekstatyczny wyzwoliciel (podejmujący temat sex-afery z Samoobroną, ale ujmującą temat z gazetowych brukowców w mocną i uniwersalną wizję brutalnej deprawacji jednostki), wyznaczały azymut nowego, polskiego kina, prowokacyjnego, nie bojącego się poruszać tematów tabu, odważnego w obrazowaniu (vide sceny seksualnych zbliżeń w Metamorfozach i przemocy w Wyzwolicielu) patologii codzienności.
Filmowa wersja Lubiewa to kino mocne i bezpardonowe, oparte – co ważne – na scenariuszu autorstwa samego Witkowskiego (który zresztą pojawia się w filmie i to w trzech, różnych rolach! – niemalże jak Peter Sellers w Dr Stranglove Kubricka – objawiając swój wielki talent aktorski), przechodzące z tonacji groteskowej, wręcz surrealistycznej, do tonacji werystycznej, brutalnej, wręcz nihilistycznej. Film, podobnie jak książka, ma kilku bohaterów których losy – jak w mozaikowych filmach Roberta Altmana (Na skróty) – układają się w obraz dziwnego, wręcz fantastycznego świata w świecie – świata pedalskich ekscesów w betonowej rzeczywistości PRL-u późnego Gierka, gdzie system wciąż z pozoru niewzruszony zaczyna się chwiać w posadach. To zestawienie, podobnie jak w książce, pełne scen przypominających najlepsze filmy Felliniego, Viscontiego, czy (w scenach przemocy) Pasoliniego, wydobywają istotę powieści Witkowskiego, której bohaterowie – będąc niewolnikami własnej seksualności, są paradoksalnie, ludźmi wolnymi, żyjącymi nie w rytm PRL-owskiej nowomowy, ale w rytm własnego, wewnętrznego rytmu. Cena takiego życia, co pokazuje Luciano B. z całą dosłownością, jest bardzo wysoka – i nie chodzi tu tylko o razy zbierane przez cioty z rąk swych kochanków, milicjantów, czy ulicznych bandytów, ale przede wszystkim życie w cieniu śmierci, bezwzględnie rzucającej cień na egzystencję bohaterów – zwłaszcza w momencie wybuchu epidemii HIV.
Udała się Luciano B. (który nie jest reżyserem mniejszościowym, i dobrze!) sztuka niezwykła. Otóż, podobnie jak w filmach Almodovara, po pierwszym szoku, jaki wywołuje wejście w świat homoseksualistów ukazanych w filmie (naturalistyczną sceną seksu w parkowej toalecie), widz zaczyna widzieć w bohaterach postaci pełne człowieczeństwa, zrozumiałe w ich samodestrukcyjnym pędzie będącym wyrazem nieskrępowanej wolności, przeczącej otaczającemu światu kłamstwa, obłudy i usankcjonowania przemocy. Jest w filmie Luciano B. scena, której nie ma w książce, gdy jeden z bohaterów idąc na miłosną schadzkę, mija robotniczy pochód ścierający się ze szpalerem ZOMO. Choć bohater idzie w przeciwnym kierunku, niż robotnicy, tak naprawdę ludzie ci idą w jednym kierunku – by zamanifestować swoje prawo do życia. Dzięki takiemu rozłożeniu akcentów film Luciano B. nie jest filmem niszowym, a wprost uniwersalnym, jak film Anga Lee Brokeback Mountain: gejowskie love story, ale opowiedziane w taki sposób, że „do strawienia”, czy wręcz do zaakceptowania przez większość, postrzegającą bohaterów już nie w kontekście homoseksualizmu, ale humanizmu w ogóle (czy raczej nie w kontekście seksualności, a uczuciowości w ogóle).
Być może film jest miejscami przesadzony w ukazywaniu aspektów fizycznych życia postaci Lubiewa, ale szczęśliwie film nigdy nie przekracza granicy, za którą jest już tylko odraza (jak uczynił to choćby Pasolini w swym wielkim, a przy tym odstręczającym arcydziele Salo). Film ma również kilka błędów w konstrukcji fabularnej. Po dynamicznej sekwencji początkowej („nocy rajd” młodego homoseksualisty po nocnych ulicach Legnicy, przypomina, również poprzez zastosowanie muzycznego podkładu łączącego w sobie muzykę klasyczną – Symfonie Bethoveena – z rockiem – The Cash – zawiązanie akcji z Mechanicznej pomarańczy Kubricka) film nieco siada, ale odzyskuje werwę w, zrealizowanych na kształt audiowizualnej fantasmagorii scenach wypełniających drugą cześć filmu, zakończoną wstrząsającym wprost, ascetycznym, finałem. Tej filmowej Podróży do kresu nocy, z której widzowie wychodzą tyleż oszołomieni, co pełni sprzecznych, ale zawsze autentycznych uczuć, nie udało by się stworzyć, gdyby nie świetna robota aktorska. Znakomitym posunięciem Luciano B. było zaangażowanie do głównych ról aktorów młodych, nieopatrzonych, zaledwie jeszcze studentów krakowskiej szkoły filmowej, być może nie bojących się „zszargać swojego wizerunku” odważnymi rolami w kontrowersyjnym filmie. Świetnie obsadzone role drugoplanowe (przede wszystkim rozpoznawalni aktorzy Starego Teatru w Krakowie) dopełniają całości.
Świat przedstawiony filmu Lubiewo to, podobnie jak świat książkowego Lubiewa, odstręczający, brzydki, brudny, ale jednocześnie jest w nim coś niesamowitego, przykuwającego uwagę, na swój sposób dekadencko estetycznego, jak amerykańskie przedmieścia pełne prostytuującej się młodzieży w filmie Gregga Arakiego Mysterious Skin. Zasługa to przede wszystkim świetnych, utrzymanych w zgaszonej kolorystycznie tonacji, przełamywanych miejscami intensywnym kolorem zdjęć, ale również oszczędnego, reżyserskiego stylu Luciano B., tylko miejscami „wpuszczającego” do swego filmu sceny bachanalistyczne, odjechane, ukazujące stan ducha bohaterów w stanie ekstazy. Ekstazy niespodziewanie przełamywanej błyskiem śmierci.
Lubiewo wg powieści Michała Witkowskiego, reż. Luciano B., Polska 2010.
• • •
Zobacz także:
Jarosław Pietrzak - Kino gejowskiego reakcjonizmu (polemika z Piotrem Kletowskim)
• • •
Piotr Kletowski - (urodzony w 1975 r.) filmoznawca, krytyk filmowy, specjalista w zakresie kina azjatyckiego. Absolwent filmoznawstwa w Instytucie Sztuk Audiowizualnych UJ, doktor nauk humanistycznych UJ, pracownik naukowy Katedry Kulturoznawsta Międzynarodowego UJ. Autor książek "Śmierć jest moim zwycięstwem - kino Takeshiego "Beata" Kitano" (2003), "Sfilmować duszę. Mała historia kina japońskiego" (2006) oraz współredaktor tomów "Nowe nawigacje" (1999, z Marcinem Wroną), "Nowe nawigacje II: Azja - cyberpunk - kino niezależne" (2003, z Piotrem Mareckim). Współtwórca i redaktor działu filmowego w magazynie "Ha!art" (od 1999 roku). Publikuje w książkach zbiorowych i czasopismach "Kwartalnik Filmowy", "Kino", "Czas Kultury", "Tygodnik Powszechny". Mieszka w Krakowie i Kielcach.
• • •
Więcej o książce Lubiewo Michała Witkowskiego w katalogu wydawniczym Korporacji Ha!art
Lubiewo w naszej księgarni internetowej
!!! MAKIETA !!!
?
!!! MAKIETA !!!
?
