Jakub Majmurek - Niedyskretny urok sacro-campu

Jedną z moich ulubionych scen w historii kina jest scena pokazu mody kościelnej z Rzymu Felliniego. W genialny sposób widać w niej cały sztuczny, teatralny, postmodernistyczny charakter katolickiej kultury w jej włoskim wydaniu. Film Biskup, podpisany przez reżysera używającego pseudonimu Jan Paweł Gierek, jest takim felliniowskim pokazem mody kościelnej rozciągniętym na prawie dwie godziny.

Z tym że nie ma za tło marmurów, fresków papieskiego Rzymu Berniniego i Michała Anioła, tylko błotno-bagnisty, lichenno-tesco-karrefurowy krajobraz Łomż, Białych Podlaskich, Siedlec i innych miejsc głębokiej Polski B.

Biorąc pod uwagę otaczający film skandal, wszyscy już z pewnością wiedzą mniej więcej, o czym on jest, ale dla porządku przypomnę. Opowiada on historię Przemka Gocka, chłopaka z Łomży, któremu w wieku 6 lat objawia się Najświętsza Panienka i obiecuje, że jeśli wybierze „służbę bogu”, przed czterdziestką zostanie biskupem, przed pięćdziesiątką kardynałem, a przed sześćdziesiątką papieżem. Najświętsza Panienka towarzyszy mu zresztą przez cały film, doradzając co ma zrobić, by piąć się po kolejnych szczeblach kościelnej kariery. Film kończy się, gdy w wieku „39 lat ośmiu miesięcy i dwunastu dni” Przemek zostaje biskupem swojej rodzinnej Łomży. Gierek zapowiada zresztą drugą i trzecią część filmu, które mają być zatytułowane odpowiednio: Kardynał i Papież.

Droga Przemka do biskupstwa wiedzie głównie przez łóżka kolejnych kościelnych hierarchów, a sama Matka Boska doradza mu, z kim się ma przespać, by jego kariera postępowała pomyślnie. Przemek od początku jest dziwnym chłopcem. Nie pasuje do robotniczo-drobnomieszczańskiego środowiska, w którym wyrasta, bardzo patriarchalna męskość, w jaką próbuje wtłoczyć go jego ojciec, zupełnie mu nie pasuje. Zamiast grać z kolegami w piłkę, wdawać się w bójki i bawić się w wojnę, woli potajemnie wykradać lalki którejś ze swoich sióstr i inscenizować przy ich pomocy przedstawienia na podstawie seriali (raczej „kobiecych”), jakie ogląda w telewizji. Gdy przychodzi okres dojrzewania, płeć przeciwna zupełnie go nie interesuje. Jego prawdziwą pasją jest kościół. Nie szuka on w nim przeżyć religijnych, ale estetycznych. Kiczowata estetyka ludowego katolicyzmu jest dla Przemka ucieczką od szarej, nieciekawej rzeczywistości, w której żyje. Co więcej, katolicka estetyka polskiego sacro-kiczu, z jej kultem maryjnym na czele jest dla Przemka estetycznym kodem, w którym sublimuje się jego homoseksualność, tak jak dla bohaterów Prousta, czy Iwaszkiewicza był nim estetyzm wysokiego modernizmu. Matka Boska - która regularnie objawia mu się, odkąd skończył sześć lat - także wygląda jak queerowa fantazja na temat matczynej kobiecości, jakby żywcem wyjętej z filmów Almodovara. Jest przy tym równie bezpruderyjna co bohaterki filmów Hiszpana, śmiało doradza Przemkowi w sprawach seksualnych. Gdy zdezorientowany chłopak nie wie, jak zrozumieć dziwne zachowanie proboszcza (od którego opinii zależy, czy zostanie przyjęty do seminarium), Matka Boska tłumaczy mu, że proboszcz ma na niego po prostu ochotę i radzi „ choć proboszcz nie jest najmłodszy i najpiękniejszy lepiej mu ulec, a ja i mój syn tysiąckrotnie Ci to wynagrodzimy”.

Myliłby się ten, kto na podstawie tego, co opisałem wyżej, uznałby, że Biskup to tani antyklerykalny kawałek utrzymany w stylu i na poziomie tabloidowej prasy krzyczącej z okładek, że księża to hipokryci, którzy w dodatku kradną (Przemek, gdy już mocno zakorzenia się w kościelnej hierarchii, wikła się zresztą - za poradą Najświętszej Panienki, rzecz jasna! - w różne podejrzane interesy). W tym filmie nie ma krztyny moralizatorstwa, reżyser nie patrzy na świat, który przedstawia, z zewnątrz czy z góry. Wręcz przeciwnie, z radością skacze w sam środek bagienka, które pokazuje, z wyraźną przyjemnością się w nim tapla i zaprasza widza do kąpieli. Przemek jest postacią całkowicie amoralną, poza dobrem i złem, jest bytem czysto estetycznym. Nie ma nic poza swoją powierzchownością, która wyraża się w formie współczesnego, ludowego katolicyzmu. Jest jak wagnerowski Parsifal „estetycznym prostaczkiem”, w swojej żelaznej i nienasyconej woli życia przypomina Aleksa z Mechanicznej Pomarańczy. Jego świat i system wartości są całkowicie pogańskie, jego Matka Boska jest jak rzymskie bóstwo opiekuńcze jakiegoś patrycjuszowskiego rodu, egoistycznie walczy „u swego syna” tylko o interesy Przemka. Reżyser absolutnie genialnie wydobywa z katolicyzmu jego perwersyjny, nitzscheańsko-pogański rdzeń. I to nie z katolicyzmu dworu Borgiów, ale z tego naszego, wadowicko-kremówkowego, licheńsko-przaśnego. Katolicyzm i kapłaństwo jest dla Przemka realizacją niztscheańskiego ideału życia estetycznego. Choć estetyka to totalnie pozbawiona dobrego smaku i absurdalnie przegięta.

Taka jest też estetyka obrazu filmowego, od pierwszych scen reżyser daje do zrozumienia, że nie oglądamy dzieła realistycznego. Film jest tak niesamowicie operowy, przestylizowany, przegięty, z taką lubością nurza się w sakro-kiczowatej estetyce, że daje mu tu urok, któremu nie można się oprzeć. Jej kulminacją jest finałowa scena ingresu Przemka pokazana w konwencji musicalowej, przypominającej najdziksze fantazje Buzza Luhrmanna. Choć całemu dziełu patronują przede wszystkim Fellini i Almodovar, Gierek doprowadza estetykę znaną ze strojów prałata Jankowskiego, stylu bycia biskupa Głódzia (Gierek w wywiadach nazywa go największym, żywym, całodobowym, arcydziełem polskiej sztuki konceptualnej po roku 1989), programu Ziarno, papieskich pielgrzymek, filmów o Faustynie Kowalskiej, do takiego przyspieszenia, posuwa ją tak daleko, że staje się awangardowa i subwersywna. W tym filmie polski sakro-kicz zmienia się w doskonały kamp. Nie tylko sakro-kicz. W tle historii biskupa Przemysława przewija się bowiem historia polskiej transformacji, ukazanej od strony głębokiej prowincji. Transformacji, która odbiera ludziom (w tym ojcu Przemka, który od 1990 roku jest stale na bezrobociu) pracę, ale zarzuca ich tanimi, śmieciowymi towarami. Morzem towarów, kupowanych najpierw z rozkładanych łóżek, po bazarach, które wypierane są później przez supermarkety. Zresztą, nasz bohater zaraz po ingresie jedzie święcić nowo otwarte centrum handlowe, u którego drzwi tłoczą się jego sponiewierani przez życie wierni, dla których przestrzeń między kościołem a supermarketem jest całą ich przestrzenią życiową.

Jak się można było spodziewać, zanim film wszedł na ekrany, wywołał wielkie protesty. Biskupi, zawodowi świeccy katolicy, politycy szukający poparcia swoich proboszczów - krzyczeli o profanacji. Nie wiedzą nawet, że mają rację. Ten film jest profanacją, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Profanacja jest bowiem po prostu dezalienacją. Przywróceniem tego tworu człowieka (jakim jest religia), który uległ wyalienowaniu i znajduje się poza kontrolą ludzkiej wspólnoty, która go stworzyła, z powrotem w jej ręce. To właśnie robi Gierek z polskim katolicyzmem. Nie atakuje go jako zaściankowy, fanatyczny, estetycznie obciachowy. Nie, on traktuje go jako coś swojego, za część kulturowego krajobrazu, z którego można układać sobie różne tożsamości i różne estetyczne kolaże, tak samo jak z motywów z poezji romantycznej, czy toposów sarmatyzmu. Gierek bierze więc ten najbardziej dla nas obciachowy, ludowy katolicyzm, tę najbardziej wstydliwą estetyczną tożsamość Polski, która się w małym stopniu załapała na modernizację, i mówi: to jest właśnie ciekawe, na tym gruncie może kwitnąć prawdziwa sztuka. Przypomina w tym oczywiście Michała Witkowskiego, którego nazwisko figuruje jako „konsultanta” przy pracach nad scenariuszem. Gierek z estetyki ludowego katolicyzmu szyje sobie i nam kolorowy, krzykliwy strój, idealny, na mniej estetycznie mieszczańskie niż te polskie, marsze równości. Jak pokazuje wielkie zainteresowanie, jakie film ten wzbudził na zachodzie, zachód chce nas takimi oglądać, tak samo jak my lubimy patrzeć na dziwaczne Włochy z Felliniego.

Bez wątpienia jest to najlepszy film polski od roku 1989, rozbrajający i zwracający przeciw sobie samemu wszystkie estetyczne prądy (generowane przez wadowicko-licheński katolicyzm i supermarketowy kapitalizm), który kształtowały nas po restauracji kapitalizmu i zmienia je w zabawki, którym możemy nadać nieskończone użycia, rozbrajając je estetycznie i ideologicznie.

• • •

Jakub Majmurek - (urodzony w 1982 r.) filmoznawca po Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie ukończył również studia w Instytucie Nauk Politycznych. Obecnie w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN przygotowuje pracę doktorską na temat „ontologii aktualności” wyłaniającej się z powojennej filozofii francuskiej. Członek zespołu "Krytyki Politycznej", redaktor portalu lewica.pl, współpracownik kwartalnika "Bez Dogmatu". Stara zajmować się krytyką filmową, publikował min. w Internetowym Portalu Polskiego Radia, "Gazecie Filmowej", "Przeglądzie" i "Kinie".

!!! MAKIETA !!!

?

Plac Szczepański 3, 31-011 Kraków, wt-nd 11-18
tel./fax.: +48 12 4228198; tel.: +48 0 728 363 275
email: korporacja@ha.art.pl

 

 

Zrealizowano ze środków
Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego