Ewa Schilling - Weronika

fot. Gil Gilling"Wszedł do łazienki już tylko w spodniach i wyciągnął ją spod prysznica, mocząc się solidnie; śmiali się i pryskali wodą. Nie wiedziała na czym to polega ( niewiele ją to obchodziło) że nie miewa wtedy żadnych myśli. Nie traciła ułamka sekundy na decyzje, czy mieć inicjatywę czy oddać ją Olafowi, czy na jeźdźca czy od tyłu, dać się obrzucić kostkami lodu czy pokropić go winem (...)"

 

 

 

• • •

Opowiadanie Ewy Schilling zapowiadające książkę "Codzienność".


Weronika

Ktoś ukradł złotą rybkę. Został tylko wytarty napis i kilka bukowych liści w kamiennej niszy. „Czy ktoś to już zgłosił?” przebiegło Weronice kiedy szybkim krokiem mijała katedrę mikrobiologii. „W skupie złomu pewnie przyjmą to bez trudu tak jak cmentarne krzyże i tory kolejowe”. Słońce zamigotało na mokrych modrzewiach i późnych różach. Patrząc pod nogi bo schodki się kruszyły, zbiegła po nich w pobliże budynku w którym miała wykład. Weszła do holu, zostało jej osiem minut. Wykorzystała to żeby zadzwonić do dentystki – mijało pół roku do ostatniej wizyty. Dentystka zmieniła adres i Weronika wyjęła długopis, ale nie mogła znaleźć notesu. Złapała uczelnianą gazetkę wyłożoną w holu na stolikach i zapisała ulicę z numerem na marginesie ostatniej strony. Po wykładzie miała dwa ćwiczenia; kiedy po czwartej wyszła wreszcie na słońce, miała ochotę tylko na to żeby usiąść samotnie nad jeziorem. Zmusiła się jednak do zjedzenia obiadu. Dopiero potem poszukała ławki z widokiem na żółte trzciny i błękitne jezioro. Chrupała czerwone jabłko, przyjrzała się zapisanemu adresowi. Daleko, ale stąd wszędzie miała daleko. Na ostatniej stronie gazetki znajdował się wywiad ze studentką która wydała tomik wierszy. W sobotę miała wieczór autorski w pubie „Zaułek”. Weronika ziewnęła, przyjrzała się zdjęciu, rozpoznała twarz z IV roku – Magda Jaworska, zgadza się. Ile miałaś lat kiedy zaczęłaś pisać? Co jest twoim natchnieniem? Kto jest twoim ulubionym autorem? Ani jednego zaskakującego pytania które zmusiłoby „poetkę” do myślenia.
chłodny poranek w obcym mieście
w tłumie bez przerwy widzę twoją twarz
choć nawet nie wiem czy jesteś wśród żywych
( nie wiem gdzie jesteś)
i zastanawiam się
czym jest wybaczenie
Ten wiersz nie był arcydziełem. Coś jednak sprawiło że przeczytała go ponownie. Starannie złożyła gazetkę na 4 części i schowała do torby.
W pubie nieoczekiwanie zauważyła Bożenę, która pomachała jej ze śmiechem.
Przyszłam się napić a tu prask – wieczór poezji. Nie będę uciekać, ukulturalnię się. Tylko nie wiem czy coś z tego zrozumiem. A ciebie co tu zagnało?
Moja studentka. Nie spodziewałam się że pisze – wzruszyła ramionami Weronika.
Biotechnologom to się chyba rzadko zdarza – zachichotała Bożena. Zatkaj sobie lepiej uszy i zamów piwo.
Weronika zamówiła piwo. Przyszli dziennikarze z lokalnej gazety, reporterka z lokalnej telewizji razem z kamerzystą, który w kucki krążył dookoła stołu za którym posadzono spiętą i bladą Magdę. Po lewej miała panią z MOK trzymającą mikrofon, przed sobą cienki biało-czarny tomik, butelkę z wodą i szklankę. Mimo zdenerwowania wyglądała nieźle: rozpuszczone gęste brązowe włosy, biała koszula, dżinsy. Poruszała wargami, zdawało się że za chwilę się uśmiechnie, ale próbowała raz za razem i nic z tego nie wychodziło. Redaktorka miejscowego pisma literackiego, dwoje publikujących w nim pisarzy i kilkanaście innych osób, od licealistek do siwego z trudem poruszającego się o lasce mężczyzny, który rozejrzał się czujnie może podejrzewając że trafił w niewłaściwe miejsce, tworzyli publiczność.
Spotkanie autorskie jak to spotkanie autorskie. Weronika na żadnym od dawna nie była ale męczyło ją przypuszczenie że inne są tak samo pozbawione sensu. Wiersze są po to żeby czytać je w samotności i skręcać się z bólu jeśli trafią w nerw albo czuć nieoczekiwaną ulgę jeśli po-trafią dać nadzieję. Z pewnością nie służą za powód do wymuszania na ich autorce zeznań dlaczego poszła na biotechnologię  a nie polonistykę ( choć Magda odparła dowcipnie że na myśl o polonistyce odechciewa jej się pisać). I co komu chciałaby wybaczyć – czy może odwrotnie – bo przecież wątek wybaczania dominuje w tym zbiorku.
Magda która zachowywała się coraz śmielej, odmówiła wyjaśnień, zgodziła się tylko porozmawiać o tym czym jest przebaczenie.
Czy to oznacza że widzę w sobie zdolność zrobienia tego samego? Czegoś równie złego? Albo równie raniącego? Czy wybaczenie to przyznanie że nie umiem sprawiedliwie sądzić? A jeśli tak to muszę zastąpić sąd wybaczeniem? mówiła nie biorąc wkładanego jej w dłoń mikrofonu.
Weronika zapatrzyła się w okienko o grubych szybkach, uchylone na tyle że widziała przelatujące chmury i gałąź jesionu. Bożena oglądała wiszące na ścianach karykatury znanych w mieście osób.  Reszta zastygła z poważnymi minami które sugerowały że myślą o kolacji, dzieciach, zepsutej spłuczce i tym co napiszą w notatce do poniedziałkowego wydania.
Wreszcie pani z MOK oświadczyła że czeka na pytania z sali. Chłopak w czarnym swetrze zapytał czy liczy na to że zrobi karierę, bo teraz poezji nikt nie czyta.
I nikt nie chodzi na spotkania autorskie – odpaliła Magda, wywołując falę śmiechu. Dziewczyna z krzesła obok patrząc w podłogę spytała czy autorka może coś poradzić innym debiutantom.
Nie mogę - odparła autorka i więcej pytań nie było.
Weronika podeszła do stołu na którym pojawiły się książki i kartonik w ceną. Dziewczyna która zadała pytanie, niezrażona, poprosiła o autograf. Weronika zawahała się ale wyciągnęła otwarty tomik. Nie mogła powiedzieć tego o czym myślała, ale zrobiła coś co rzadko jej się zdarzało przez ostatnie dwa lata: uśmiechnęła się. Magda obrzuciła ją zdumionym spojrzeniem, chyba wcześniej jej nie zauważyła.
Odwzajemniła uśmiech i wpisała do książki jakąś dedykację. Weronika, zaskoczona i zaciekawiona, oparła się pokusie i nie zajrzała do środka. Wolała to zrobić kiedy będzie sama.
Nie wiedziałam że interesujesz się poezją – stwierdziła z lekką ironią Bożena.
Raz na ćwierć wieku można coś przeczytać – odparła Weronika spokojnie.
Patrz – Bożena sięgnęła do torby po papierosy i zastygła wpatrzona w coś za ich plecami. W przeciwległym kącie sali gdzie piło środowisko literackie, Magda i inna młoda kobieta trzymały się za ręce.
Czy ja ich już gdzieś razem nie widziałam? – zastanowiła się Bożena stukając zapalniczką o stół.
I co z tego?
Jak to co z tego? Bożena zastygła z wytrzeszczonymi oczami. Ty to mówisz? Ty?
Ja. To zupełnie inna sprawa.
Jeśli ta w zielonym golfie nie jest niczyją żoną to może inna. Danka chodź tu – zamachała do znajomej wchodzącej po schodach i po chwili obie gadały już jak najęte.
Weronika zagryzła usta. Książki dotykała kilka razy jadąc autobusem, obejrzała okładkę. Zdjęcie peronu z pociągiem, odpowiednie do tytułu „w obcym mieście”.
Wojtek był w domu, pracował przy swoim komputerze. Ją też czekało siedzenie nad danymi. Wzięła tylko prysznic, zrobiła kanapkę i kawę. Książkę schowała do szuflady biurka, pod prace studentów. Wiedziała kiedy znajdzie odpowiednią chwilę żeby ją przeczytać: w następną sobotę, u Olafa, po powitalnym seksie i drugim śniadaniu. Olaf będzie grzebał w płytach a ona usiądzie przy oknie z widokiem na Pole Mokotowskie.
Autokar powoli się zapełniał, hostessa sprawdzała bilety i rezerwacje, w weekendy zawsze było pełno ludzi. Oddechy tych którzy jeszcze czekali parowały w zimnym powietrzu. Stado czarnych ptaków  przeleciało z ochrypłym krzykiem nad dworcem, była w tym triumfalna drwina nad nielotami zbitymi w zziębnięte stadko przed metalowym pudłem.
Drwina. Co jej przyszło do głowy? Radio grało, potem będzie kawa albo herbata, na rozgrzewkę bo  w smaku były okropne. Kiedy wyjadą z miasta, hostessa puści film. Czasem oglądała go dla zabicia czasu; tym bardziej że dźwięk i tak rozlegał się w całym autokarze. Miała tak wytrzymały organizm że zniosła nawet nadaną trzy raz z rzędu komedię romantyczną „Powiedz tak”.
Z Olafem poznali się – mało romantycznie – w szpitalnym bufecie. Jego siostra rodziła, sąsiadka Weroniki miała zawał. Po pierwszym zaskoczeniu, bo nie spodziewała się jego zainteresowania, byłą pewna że woli młodsze, weselsze, bez tytułu profesora i używające szminki nie tylko w Sylwestra – uznała że warto spróbować. Z Wojtkiem od lat spali osobno, najpierw przejściowo; oboje robili habilitację, kładli się do łóżka przed świtem, budząc to drugie i praktycznie było sobie nie przeszkadzać. A potem to już nie wymagało uzasadnienia. Nic nie wymagało uzasadnienia, po prostu się działo. Bez awantur, kłótni, scen. Cicho, podstępnie, czegoś im z dnia na dzień ubywało. Tak jakby ktoś im co dzień kradł jedną roślinę z ogrodu, aż został im pusty plac. Wycofywali się, zagłębiali w pojedyncze czynności. Uprzejmi. Zmęczeni. Możliwe że on miał kochankę, jej to już nie interesowało. Żyli zgodnie, każde sprzątało swój pokój, we wspólnym nie bałaganili, jedli w stołówce, omawiali remonty i sadzonki, wizyty, wyjazdy służbowe. Nie zaniedbywali dzieci i kiedy w blaskach zachodzącego słońca dziewczyny zrywały porzeczki a oni podlewali jeżyny bezkolcowe, był to bez wątpienia pogodny obrazek, który często podsuwali innym ludziom.
Warto spróbować. To się jakoś wiązało z Moniką z tym żeby mniej o niej myśleć, a może podkreślić że życie toczy się dalej i to co się stało nie jest  tragedią. Nikt nikogo nie zabił. Myliła się jednak do co tego myślenia – właśnie w autokarze robiła to bez przerwy (mimo tych prób zajęcia się filmami), wykorzystując do maksimum trzy godziny wolnego czasu. A kiedy wjeżdżali na warszawskie ulice, miała wrażenie że może ją zobaczyć pod Halą Mirowską albo bródnowskim szpitalem chociaż za tym że Monika jest w Warszawie przemawiało tylko to  mogła tu dość łatwo znaleźć pracę i schować się w tłumie.
Oparła głowę na zdjętej kurtce, głos hostessy odpływał. Autokar jechał przez oświetlony porannym słońcem las sosnowy, wyglądający jakby trwało lato. I taki prześwietlony słońcem las jej się przyśnił; szła po skarpie nad rzeką, wszędzie leżała gruba warstwa rudobrązowych liści buków, szarosrebrne pnie prowadziły coraz dalej i dalej. Ścieżką szła Magda, za którą Weronika bardzo chciała pobiec, wiedziała ze dziewczyna chętnie z nią porozmawia o Monice. Było jej jednak niezręcznie gonić tak za swoją studentką i pełna rozterek, znajdowała się ciągle kilkanaście metrów za nią. Nagle doszły do jej własnego domu, przy furtce stała Monika, poważna i zamyślona.
Obudziła się z gardłem tak wyschniętym że musiała napić się wody; kiedy wyjmowała butelkę z torby, odsłoniła tylną okładkę książki. Na zdjęciu zamiast Magdy zobaczyła Monikę, złudzenie trwało ułamek sekundy ale aż się spociła. Sen był jasny. Znała to wrażenie że mogłaby się zwierzyć. Na przykład sprzedawczyni z ich ulubionego sklepu z butami na Starówce. Lubiły tam przychodzić, chociaż obie nie uznawały łażenia między półkami po to tylko żeby się pogapić. Monika szybko darła buty, nic dziwnego skoro robią je na jeden sezon. Zwykle okazywało się że Weronika też ma dziury w podeszwach i zabierały się za powolne, skupione wybieranie nowych. Kiedy przyszła tam raz sama, ruda kobieta z która często ucinały sobie pogawędkę, patrzyła na nią tak jakby dziwiła się gdzie podziała córkę, jakby chciała o to zapytać. A Weronika miała wrażenie że ona zrozumie. Albo ta ostrzyżona na jeża, pijąca kawę latte i czytająca angielską książkę młoda brunetka w Bastylii. Pamiętała nawet jej niebieską koszulę w kratę. Wydawała się tak sympatyczna, miała tak wyrozumiała spojrzenie. Weronika przyszła tam zjeść naleśnika i popatrzeć na kobiety które tak jak Monika...chociaż na nie skoro nie mogła na swoją córkę.
Ale one stanęłyby po stronie Moniki. Po stronie Moniki, która krzyczała wtedy tak że słychać było w akademikach, rzucała krzesłami i w końcu dała własnej matce w twarz. Weronika pamiętała jeśli nie każde słowo to każde drgnienie nerwów z tamtego wieczoru. Eksplodowali jak trzy planety które znalazły się na kolizyjnym torze. Ryki, wrzaski, łzy, ale łzy wściekłości, gwałtowne, niekontrolowane ruchy. W końcu ledwie mogli mówić. Wyczerpani, wciąż stali naprzeciwko siebie jak zakrwawieni bokserzy, którzy nie pozwalają trenerowi rzucić ręcznika. Cisza zabrzmiała jak gong i to był koniec.
A Witek i tak się od nich odsunął. Nie było wspólnego joggingu, letnich grilli, zimowych posiedzeń przy kominku. Odzywał się do nich z rezerwą. Udawał że się spieszy. A tyle lat trzymali się razem. Żartem nazywano ich www.profesorzy.pl, na długo przed otrzymaniem tytułów. Witek był najstarszym i najbliższym kolegą Wojtka, kolegą z podwórka. Wyjechał na kilka lat do Stanów ale potem wrócił, ożenił się, miał dwóch chłopców. Weronika bardzo lubiła jego żonę, Alicję, ciężko przeżyła jej śmierć. Zastawki - operacja w Gdańsku się nie powiodła. Witek ich potrzebował ich wtedy jak wody. Nie robili nic specjalnego, a jednak to nic go przyciągało. Przychodził, obierał ziemniaki, podlewał ogród, siedział na ławeczce pod czereśnią i czuł że nie jest sam. Dzieci bawiły się razem, całą czwórką chodzili po drzewach i prowadzili bitwy na zgniłe jabłka. Wojtek czasem martwił się czy te zabawy nie są nieodpowiednie dla dziewczynek. Wyglądają na zadowolone – odpowiadała mu przysłaniając dłonią oczy żeby odróżnić czarne sylwetki zarysowane na lśniącym pomarańczowym tle zachodniego nieba.
Przywykli do myśli że Witek będzie sam ale zaakceptowali Edytę bez słowa krytyki, starając się nie porównywać jej z Alicją. Piotrek z Alkiem dorośli i też zrozumieli jego decyzję. Weronika widziała ją: szczupłą ciemną blondynkę, tak spiętą jak Magda na spotkaniu autorskim. Nigdy się chyba do końca przy nich nie rozluźniła. Rzadko śmiała się z ich żartów, mało mówiła o sobie. Widziała ich: na spacerze z pięknym złotorudym psem, suką leonbergera, Burzą. Szli dostojnie koło rektoratu i akademików nad jezioro, przez las na łąki, Witek rzucał patyki. Dwa razy w tygodniu psa szkolił profesjonalny treser. Ale raz zobaczyła zza drzew Edytę samą z psem, roześmianą, biegnącą na przełaj przez wyrośniętą trawę, Tłumaczyli sobie że jest nowa w towarzystwie znającym się od lat, dużo młodsza i jako jedyna nie pracuje na uczelni tylko w sklepie z artykułami dla zwierząt. Witek poznał ją kupując smycz dla Burzy. Tak, zdarzało im się o nich zapomnieć i rozgadać o swoich badaniach albo akceleratorach cząstek a ona siedziała wpatrzona w przestrzeń, z palcami zaplątanymi w sierść Burzy. I nawet się ucieszyli że znajduje wspólny język z Moniką, że idą gdzieś z psem albo do miasta.
Ale to nie powód żeby nie wpaść w furię z powodu ich romansu.
Niektórzy potem mówili że nie znali swojej córki. Może. A może tylko nie chcieli być wścibscy, kontrolować jej życia. Wydawało im się naturalne że nie prowadza się z chłopakami że czas spędza na nauce albo w lesie. Weronika żyła właściwie tak samo. Dopiero na studiach, kiedy poznała Wojtka coś się zmieniło. Na chwilę.
Najpierw uchwycili się myśli, że to nieporozumienie, Monika powiedziała: Joanna a oni przeżyli chwilę ulgi. Okazało się że Edyta ma tak na drugie imię, a pierwszego nie lubi. Monika powtarzała: Joanna, Joanna, jakby podkreślając jak bardzo różni się ta kobieta od żony Witka.
Wojtek nie mógł złapać tchu, zdania wychodziły mu kalekie. Jak śmiała z żoną Witka, przecież zna go od dziecka, jego córka i żona Witka to koszmarny sen, czy ona się naćpała, czy była u psychologa, wyciągnął nawet Kościół chociaż jego kontakt z religią ograniczał się do pasterek.
Pod naszym bokiem – Weronika powtarzała to zdanie, z obrzydzeniem co najmniej takim jakby znaleźli ślady na własnej pościeli.
Jak wyglądała wtedy jej twarz? Otwarte szeroko usta Wojtka, szalone oczy, czerwony, spocony, groteska poruszających się coraz szybciej zębów i języka... Dobrze że nie miała lustra pod ręką.
Monika zaskakująco długo była opanowana, dopiero kiedy zaczęli się domagać żeby natychmiast zerwały, bo chociaż jest źle, może być gorzej, coś w nią wstąpiło. Dziwny szyderczy śmiech, twarz wykrzywiona, zniekształcona, obca. Znienacka zaczęła rzucać tym co miała pod ręką, ciężkie krzesła rozbijały się o ściany. Ją zatkało, Wojtek rzucił się na Monikę, odepchnęła go. Weronika złapała ją za ręce i – pamięta że usłyszała siebie jak kogoś innego – nazwał  kurwą. Dostała w twarz. Wojtek rzucił Moniką o ścianę, wysyczał żeby nie śmiała podnosić ręki na matkę i zaprowadził do jej pokoju. Monika zmiękła, nie stawiała oporu.
Do jutra ochłonie – powiedział z rozpaczliwą wiarą, kiedy wrócił. To zawsze byłą rozsądna dziewczyna – dodał, niezgodnie z prawdą.
Monika zadzwoniła rano żeby poinformować ich że wyjeżdża razem z Joanną. Byli zszokowani. Weronika uświadomiła sobie że cały czas myślała tylko o tym że Monika ma obsesję na punkcie Joanny ( już nie widziała w niej Edyty) tak jakby to nie mogło być wzajemne. Monika rzuciła studia, nic dziwnego bo Witek wykładał na jej wydziale, planowali nawet że zrobi u niego pracę magisterską. Nie chodziło o protekcję, Monika naprawdę interesowała się użyciem bakterii do rozkładu ropy naftowej i tym podobnymi rzeczami. Co prawda i tak nikt by tu jej nie dał spokoju.
Joanna skontaktowała się z Witkiem przez adwokata. Kiedy spytali go o rozwód powiedział lodowatym tonem „Pewnie że jej go dam, im szybciej tym lepiej. Nie chcę jej już więcej widzieć”.
Olaf przywitał ją w bojówkach i białym t-shircie ale boso. Lubiła kiedy był boso, lubiła t-shirty które go odmładzały ( różnica wieku stawała się lekko perwersyjna) lubiła to że nigdy nie wiedziała co on zrobi na jej przywitanie. Mógł leżeć  na łóżku; jestem maj nagi – rzucił kiedyś. Mógł czekać za drzwiami łazienki, siedzieć za biurkiem i paląc cygaro patrzeć na nią z zadumanym uśmieszkiem, grać na harmonijce. Latem raz schował się na balkonie i poczekał aż wyjdzie spod prysznica. Po seksie i jedzeniu odchodzili od siebie na trochę jakby chcieli ochłonąć. Olaf wybierał muzykę albo siadał do komputera. Weronika zwykle przeglądała stosy czasopism muzycznych albo kolorowe tygodniki pełne  przepisów na prawdziwą męskość co ją śmieszyło bo nie wiedziała czym męskość albo kobiecość miałyby różnić się od człowieczeństwa. Czasem brała książkę o której zapominała zaraz po jej zamknięciu. Najczęściej to Olaf przeciągał się i pytał „No to co robimy?” Siadali nad repertuarem kin teatrów i koncertów, chyba że już wcześniej zarezerwowali bilety na jakiś hit. Szli na spacer, zaglądali na paru sklepów, księgarń, cukierni, siadali na ławce w parku. W niedzielę długo spali, szli do restauracji, Olaf puszczał więcej muzyki. Lubił chillout, etno i folk. Weronikę chillout drażnił; wolała już nepalskie śpiewy obrzędowe i Bacha w wersji afrykańskiej. To jej pasowało. Mało słuchała muzyki  a tutaj obce, dalekie głosy przynosiły ulgę, odrywały od codzienności. Nie próbowała ich zatrzymać, pogodzona z tym że znikają jak chmury z nieba. Ostatnim autobusem o 18.30 wracała do domu. Czasem zastanawiała się czemu nie bierze samochodu, byłaby mnie zależna, ale przecież właśnie o to chodziło – żeby coś wyznaczało granice pobytu w Warszawie. I żeby nic nie przeszkadzało jej myśleć o Monice.
Wszedł do łazienki już tylko w spodniach i wyciągnął ją spod prysznica, mocząc się solidnie; śmiali się i pryskali wodą. Nie wiedziała na czym to polega ( niewiele ją to obchodziło) że nie miewa wtedy żadnych myśli. Nie traciła ułamka sekundy na decyzje, czy mieć inicjatywę czy oddać ją Olafowi, czy na jeźdźca czy od tyłu, dać się obrzucić kostkami lodu czy pokropić go winem, walnąć w niego poduszką czy przycisnąć do materaca, oprzeć się o stół czy położyć na podłodze. Każdy ruch pojawiał się sam, połączony z poprzednim ale skąd brał się pierwszy? Olaf miał ten sam styl, nie zdarzało im się obijać boleśnie o tabu, najczęściej wystarczała mowa ciała, jeśli nie, używali prostych słów, akceptowali odmowę.
Czasem po seksie odsypiała z godzinę, jeśli w nocy za długo siedziała przy komputerze. Teraz też myślała że zaśnie, tym bardziej że kiedy Olaf robił to z nią od tyłu zawsze była bardzo zmęczona. Czuła się już nie zmęczona ale wyczerpana – zasnąć nie mogła. Czuła zapach wody toaletowej Olafa, kojarzył jej się z kimś biegnącym przez park – ruch, kolor. Zawsze używał jej za dużo. Czuła słońce na plecach, słyszała jakiś odległy szum, było jej ciepło i wygodnie, w oczach miała piasek. Sen nie chciał jej znać.
Widziała pod powiekami Monikę – dziecko, Monikę – dorosłą, setki scenek, wzruszeń; albo Magdę, zakłopotaną, odpychającą mikrofon.
Oczywiście stało się dokładnie według jej obaw: informacja o Monice i Joannie rozniosła się po całym uniwersytecie a  jej strzępki dotarły do miasta. Nawet ich lekarka rodzinna coś słyszała. Profesorzy, adiunkci, asystenci obu płci ( ale miała wrażenie że mężczyźni czuli się osobiście urażeni), panie  z dziekanatów, studentki i studenci, sprzątaczki, bibliotekarki, personel techniczny, panie z bufetów, stołówki, barów i punktów ksero, portierki, osoby z konserwacji, kot wygrzewający się na murku przy rektoracie – wszyscy byli uświadomieni. Kursowało kilka odmian plotki, mówiono że Monika pobiła się z Witkiem, że ścigał je aż do Berlina, że złapał je w łóżku, że jego żona już wcześniej miała romans z jakąś studentką.( Swoją drogą, do dziś nie wiedziała dokładnie jak Witek się domyślił. Coś go chyba tknęło, jakiś drobiazg po którym tak długo podchodził i męczył  Joannę że się przyznała). Wszyscy mieli znaczące miny, robili kretyńskie, w ich mniemaniu dowcipne uwagi, rzucali domyślne spojrzenia i szeptali za jej plecami. Wojtek rzecz jasna miał to samo i nawet nie potrzebował jej o tym opowiadać. Raz tylko nie wytrzymał i zwierzył się jak to dziekan z dziką satysfakcją oświadczył mu że cała ta afera to skutek zbyt swobodnego wychowania. On zawsze był zwolennikiem surowych reguł. I będzie szczery – cieszy go że życie potwierdziło jego poglądy. Wojtek odparł że afera to by była gdyby Monika trafiła do więzienia, ale czuł się pognębiony.
Witek stwierdził sucho że ich nie wini. Dorota była po ich stronie, lojalna aż za bardzo. Weronika zaczęła się zastanawiać czy nie ma jakiegoś tajonego żalu do siostry tylko za co? Jej własna wściekłość przygasła, za to Dorota otworzyła worek z oskarżeniami. Monika zawsze byłą dziwaczką, za wszelką ceną chciała się wyróżniać, pozwalała sobie na wszystko, manipulowała nimi, była po prostu nienormalna. Weronika kazała jej w końcu zamilknąć takim tonem że Dorota się obraziła.
Może to tylko dlatego że były tak bardzo inne od siebie. Dorota nie byłą dziwaczką, z całą pewnością. Była tak zadowolona ze swojej pracy w gdańskiej skarbówce, przepisów teściowej, ze swojego nudnego męża i nowych kosmetyków, tak pilnie oglądała telewizję i chodziła na niedzielne msze że Weronika bezradnie patrzyła jak się od siebie oddalają. Może Dorota w dzieciństwie nie bawiła by się z Moniką i chłopcami  bitwy i wyścigi tylko nie chciała zostać z boku?
Bardzo nie chciała traktować jej inaczej, ale na ten dystans nic poradzić nie mogła.
Brakowało jej Moniki. Rozmowy z Dorotą jeszcze bardziej jej uświadomiły, że, paradoksalnie, to z Moniką zwykle rozumiała się lepiej. To z Moniką rozmawiały o buddyzmie i teoriach stworzenia świata, chodziła na grzyby, planowała co posieją na wiosnę. Kiedy złamała nogę to Monika cierpliwie znosiła jej wybuchy bezradnej złości, podawała to co spadło i mówiła „nie przejmuj się mnie spada bez niczego”.
Dorota mogła być zazdrosna?
A do Weroniki, kiedy patrzyła na nową toytę starszej córki wracało pytanie czy Monika ma pracę, ma z czego żyć.
Do tostów wypili drugą kawę; na krotko ostrzyżoną głową Olafa zbierały się czarne chmury, wiatr rozrzucał liście jak ulotki.
Puść muzykę – powiedziała wyciągając nogi na całą długość. Mogłaby być liściem który wiatr rzucił na fotel.
Olaf podszedł do stojaka.
Smutna jesteś – zauważył z kilkoma płytami w ręku.
Brakuje mi Moniki – zaryzykowała.
No tak. Czy ona w ogóle się do ciebie odezwała przez ten czas?
Dwa razy w Nowy Rok dostałam sms-a o treści „Żyję”.
Próbowałaś dzwonić?
To był sms z komputera. Wojtek próbował, ale odezwał się obcy facet. Sprzedała telefon. Ale..
Ale co? Puszczę ci coś żywego, to Brazylijka.
Ale co ja jej bym mogła powiedzieć?
W tym to już ja ci nie pomogę – stwierdził Olaf, włożył płytę w paszczę odtwarzacza i usiadł u jej stóp.
Trzydniowy zarost Olafa drapał ją w łydki. Żywe rytmy Brazylijki bolały ją. Jak boli niedostępne za szybą własnej niemożności.
Co mogła powiedzieć Monice? Że tak ciężko znosili atmosferę jaka się wokół nich utworzyła że zastanawiali się nad wyjazdem za granicę? Że Witek udający brak pretensji, demonstracyjne milczenie jego synów było jak policzek? Że jej pokój jest nienaruszony jak bywają pokoje dzieci które umarły?
Monika zostawiła niektóre rzeczy, pakowała się w pośpiechu. Na komputerze została zapisana gra. Weronika przyjrzała się i temu. Awatar Moniki był wojowniczką, w zbroi, z mieczem. Do wyboru były rozmaite postacie, czarodziejki, magowie. Nie wymyśliła żadnego fantastycznego imienia, podpisała go MONIKA. Chciała taka być? Twarda wojowniczka bez sentymentów. Szukała w bezkompromisowości potwierdzenia swojej siły?
Gdyby nie zakochała się w żonie Witka, pewnie nie doszło by do takiej sytuacji. Lesbijka? Można to ukryć, przemilczeć, zatuszować. Po studiach wyjechałaby do większego miasta, za granicę.
Nie chciałaby tego ukrywać – pomyślała Weronika w przebłysku nagłej pewności.
Poszli do kina, zjedli kolację, dzień minął spokojnie, nawet wiatr przycichł. Zasnęła szybko, ocknęła się nad ranem, idealnie przytomna. Owinęła się kołdrą i w półświetle – nadjedzony księżyc zwisał bezsilnie nad Warszawą – przeczytała wiersze. jeśli przebaczasz mi oszukując się że teraz będę już taka jak chcesz  przebacz komu innemu przebacz pustej ścianie. Dedykacja brzmiała „Pytania są czasem ważniejsze od odpowiedzi”. Weronika uśmiechnęła się nad tą poetycką mądrością. Złote myśli, aforyzmy, błyskotliwe uogólnienia budziły u niej zwykle taki właśnie sceptyczny uśmieszek. Ale teraz zamarł jej na ustach.
Może pytanie jaką tęsknotę zagłuszała co dwa tygodnie u Olafa było ważne? A pytanie czy Monika o niej myśli? Czy widzi czasem jej twarz, nagle, bez przygotowania? Czy słowo „wybaczenie” wdarło się już kiedyś w jej myśli przy śniadaniu? Czy zauważy je pod kołami samochodów na parkingu, wypisane na bułce, klonie, kwicie z bankomatu?
A potem zaczęła się zastanawiać co robi Wojtek, czy zasnął w łóżku pełnym mgły. Patrzyła na mgłę unoszącą się nad ziemią w parku ale widziała ich ogród.
Już się z powrotem położyła kiedy zadzwoniła jej komórka. Sięgnęła po nią natychmiast i widząc że dzwoni Wojtek przyjęła to zupełnie spokojnie.
Moja mama umarła – w słowie mama zabrzmiała znienacka dziecinna nutka. Dowiedziałem się późnym wieczorem. Proszę cię przyjedź. Błagam, Weronika – po głosie poznała że nie spał tej nocy.
Nie musisz mnie błagać. Ani prosić. Przyjadę pierwszym pociągiem.
Wzięli ją do szpitala, było lepiej aż tu nagle...zawsze miała kłopoty z krążeniem.
Dam ci znać z pociągu jak będę dojeżdżała. OK.?
Daj. Ja cały czas będę w domu.
Boże co za leszcz dzwoni o tej porze? Olaf otworzył zaspane oczy.
Jadę do domu. Matka Wojtka nie żyje.
Musisz go pocieszać?
Chcę przy nim być. A jego matka mnie lubiła. Nie miała w sobie nic z upiornej teściowej. Ciepła, życzliwa kobieta. Lekarka, pacjenci ją uwielbiali, dla każdego miała czas.
Dobra, przepraszam. Poradzisz sobie? Ja muszę pospać, mam nocną audycję. Sprawdź sobie w internecie rozkład jazdy – ziewnął, nakrył głową kołdrą.
Pociąg o 7.35. Szybko się umyła, zrobiła mocną kawę, posmarowała czerstwy chleb pasztetem; wolałaby masło ale było zmarznięte na kość bo Olaf chował je do zamrażalnika.
Było jej zimno. Poprzednim razem zostawiła u Olafa wełniany golf – kiedy wyjeżdżała zrobiło się nagle ciepło. Wyciągnęła go teraz szafy spomiędzy jego rozpinanych swetrów a potem poczuła że musi zrobić jeszcze coś. Zabrała z łazienki swój szampon a z półki przewodnik po Słowenii który mu pożyczyła. Nic więcej tu nie trzymała na stałe, nigdy nie próbowała się zadomowić. Cała przyjemność płynęła z tego, że była w tu jak w podróży, w hotelu, w nieznanym miejscu, w którym mogła być wzięta za kogoś innego.
Może mogłaby być kimś innym – przynajmniej czasem – we własnym domu?
Klucze wrzuciła mu do skrzynki na listy.
Niedaleko była stacja metra. Kioski jeszcze nieczynne, ale zawsze nosiła w portfelu bilet na wszelki wypadek.
Z Centralnego szybko uciekła. Schowała bilet jak najgłębiej i wyszła na świeże powietrze. Podziemia o tej porze ciągnęły się jak senne koszmary. Usiadła na przystanku z którego po południu odjeżdżały autokary do Olsztyna. Pałac Kultury powoli tworzył się z mgły, niewyspane, niedomyte wielkomiejskie drzewa otaczały go jak tłumek znudzonych gapiów. Po drugiej stronie ulicy miała bank w który trafił pierwszy promień słońca. Obok przejścia podziemnego bezdomni ustawiali się już po zupę.
Wojtek się pewnie skulił w fotelu jak pies, siedzi tak samo jak przy śmierci swojego ojca, Alicji, wypadku Moniki – ostatecznie złamała tylko nos, ale zemdlała i było tyle krwi...
Jemu też było dobrze z kilkudniowym zarostem, też się kiedyś dobrze dogadywali w łóżku. Spokojny, nagle wyskakiwał z ciętą ripostą, przy której oczy mu lśniły cichym triumfem. Trzyma jeszcze gdzieś te analogi z bluesem? Tam mgła się snuje jak blues. Mogliby go słuchać razem.
Minęło tyle czasu że gdyby – spotkaliby się jak kochankowie. Gdyby. Może spróbuje go przytulić – nic nie mówić, nie tłumaczyć.
Dziewczyna w różowym płaszczu z yorkiem na rękach, grupka ludzi idąca od Świętokrzyskiej; ale ciągle puste ulice pełne wiatru, słońce ostro oświetla szczegóły. Kosz na śmieci, reklamę filmu, daszek kiosku, wdeptanego w ziemię peta, jakby chciało się im bezlitośnie przyjrzeć.
Przytuli go a potem powie że brakuje jej Moniki i powinni się zastanowić co z tym zrobić. On przecież też musi o niej myśleć. O tym że i ona ma im co wybaczać.
Rozległ się krzyk albo jej się wydawało. Wstała i rozejrzała się ale nic się nie kryło w zasięgu wzroku.
Umysł miała jasny. Spokojnie analizowała swoje uczucia z tamtego wieczoru; były wyraźne jak cyfry, jak chemiczne wzory. Lęk. Lęk, że nie znała swojej córki, lęk o to jakie będzie jej życie, ich życie. Złość, że nie potrafi zachować się inaczej, że wrzeszczy i zapluwa się, że puściły hamulce, że zachowują się wszyscy jakby się wzajemnie nienawidzili. Rozpacz, że dotychczasowe życie znika, rozpada się, wymyka z ręki. Zmienia. Bezradność – nic tego nie powstrzyma. Zazdrość – o odwagę, odwagę bronienia do upadłego siebie i tamtej kobiety. Nie znalazła obrzydzenia, niezgody na bycie razem dwu kobiet choć wydawało się jej wtedy że ją czuje. Przejęła ją tylko od innych, wykorzystując jak każdą inną broń. Dwie kobiety razem – powtórzyła na próbę.  Żona Witka? Popełniła błąd biorąc ten ślub. Ale nie jej sądzić co się w niej działo, jakie było jej życie zanim poznała Monikę.
Musiała się przejść, zimno przeniknęło przez ubranie, ręce jej zgrabiały. Znów szli ludzie, grupka objuczona plecakami, lazurowe, cytrynowe, wiśniowe kurtki, śmiechy. Znów szarpnięcie, że widzi Monikę, że miga jej niewysoka, czarnowłosa dziewczyna z leciutko skrzywionym po tamtym złamaniu nosem. Ile brakuje żeby się to zmieniło w obsesję?
Miała ochotę zadzwonić do Wojtka, ale zdecydowała że woli mówić patrząc mu w oczy. Ale co ma powiedzieć? Że w chłodny poranek w obcym mieście, kiedy ciągle widzi twarz Moniki, chociaż nawet nie jest pewna czy ona żyje, zastanawia się czym jest wybaczenie. I wydaje jej się że przynajmniej rozpoznaje gdzie się – dla niej – zaczęło.

• • •

Ewa Schilling - (urodzona w 1971 r) magister inżynier ochrony środowiska. Debiutowała zbiorem opowiadań "Lustro" (1999), wydała także powieść "Akacja" (2000). Pochodzi z Olsztyna, mieszka w Bielsku-Białej. Ewa Schilling jest najbardziej rozpoznawaną w Polsce autorką prozy lesbijskiej.

• • •

Książki Ewy Schilling w katalogu wydawniczym Korporacji Ha!art:

Głupiec (2005)

Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information