MISTRZYNIE $TYLU (4): Apolonia Dwurnik

Karolina Plinta

Od ostatniego odcinka Mistrzyń $tylu minęło sporo czasu i redaktorzy Ha!artu zaczęli się mnie wypytywać, czy kiedykolwiek nastąpi ciąg dalszy tego cyklu. Ich pretensje są całkiem zrozumiałe, dlatego czuję się zobowiązana wytłumaczyć, dlaczego tak długo nie pisałam.

Skrótowo rzecz ujmując, moje życie zamieniło się ostatnio w koszmar. Jeśli coś złego mogło się zdarzyć, to właśnie w ciągu kilku minionych tygodni miało to miejsce. Pokłóciłam się z każdym, z kim mogłam. Atakowałam i zwracano mi z nawiązką. Odkryłam, że ludzie nie rozumieją Mistrzyń $tylu i posądzają mnie o „promowanie trefnych artystek”. Więc znów trzeba było się kłócić, bo przecież nie mogę się godzić na takie traktowanie, a tym bardziej na poniżanie Mistrzyń. Złośliwi krytycy naśmiewali się ze mnie na łamach pism artystycznych lub blogach (ugh). Obrażałam instytucje promujące sztukę, a one, zapewne w odwecie, nie zwracały mi pieniędzy za bilety PKP. Kłóciłam się także z feministkami, dla zasady. Uciekałam z wystaw feministycznych, a właścicielki galerii przyłapywały mnie na gorącym uczynku. Wysłuchiwałam plotek powstających za moimi plecami i cierpliwie znosiłam kolejne narzekania, że: „Plinta jest taka i owaka”. Po czym wpadałam w furię. W końcu, na skutek totalnego osłabienia organizmu (nerwy kosztują), dostałam kręczu szyi i teraz mam trudności, żeby patrzeć prosto w monitor. Można więc powiedzieć, że ten tekst piszę z ukosa. Co więcej, muszę to robić, jednocześnie trzymając się za głowę.

Pewnie myślicie sobie, że użalam się nad sobą. Ale w zasadzie, dlaczego by nie? Od narzekania świat się jeszcze nie zawalił, ja tymczasem mam wrażenie, że dotarłam do znaczącego momentu. Określam go czasem jako „histerię uszka i patyczka” – od jednego z odcinków Girls, w którym Hannah nerwowo grzebie patyczkiem w uchu, przebija sobie bębenek i krzyczy. Później jest tylko gorzej… W związku z rozlicznymi, niesprzyjającymi pisaniu okolicznościami i moją pogłębiającą się nerwowością, ten tekst postanowiłam poświęcić artystce, o której ktoś kiedyś powiedział, że: „Jej malarstwo jest jak malarstwo nastolatki z burzą hormonalną”. A później został jej chłopakiem. Znów jak w Girls, kiedy to do znerwicowanej bohaterki w końcu przybiega nadmiernie umięśniony królewicz. W poprzednim odcinku Mistrzyń opisywałam losy artystki-świętej dziewicy, w odcinku bieżącym przyszła pora na kogoś z kręgu „sex, art & boyfriends”.

 

Pola Dwurnik, ''Litości'', 2008-2009

 

Wizyta u Apolonii Dwurnik (w skrócie Poli) okazała się strzałem w dziesiątkę, biorąc pod uwagę moje samopoczucie. Po uprzednim umówieniu, odpowiednio zachęcona („dam Ci się podrapać miaucząc z przyjemności”), rychło zapukałam do drzwi jej warszawskiego mieszkania. Pola mieszka ładnie, ma przyjemne mieszkanie na najwyższym piętrze przyzwoitej kamienicy w centrum miasta. Z balkonu widać Pałac Kultury i błyszczące drapacze chmur. W kącie dużego pokoju piętrzyły się wielkoformatowe płótna – moją uwagę przykuł duży obraz przedstawiający dziewczynę, najwyraźniej przeżywającą właśnie orgazm (spod jej sukienki wyskakiwały fajerwerki). Z głośników mini-wieży delikatnie sączył się Rammstein. W tym właśnie urokliwym otoczeniu przyszło mi zbadać, co to właściwie znaczy być Polą Dwurnik. Teoretycznie, sztuka Poli wydaje się prostą sprawą: ot, po prostu maluje portrety, na których przedstawia siebie, siebie… i tylko siebie. No dobra, czasem także kogoś innego. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej, możemy wyróżnić w jej twórczości co najmniej kilka problemów.

 

Z wizytą u Poli

 

DWURNIK AWANTURNIK. Ciężko mówić o Poli nie wspominając o jej ojcu, Edwardzie Dwurniku. Wygląda na to, że awanturniczy styl sztuki i życia Pola odziedziczyła właśnie po nim i raczej nie jest to łatwa spuścizna. Znany z tego, że już we wczesnych latach 90. rozbijał się po Warszawie luksusowymi samochodami i otwarcie manifestował swoje bogactwo, pan Edward jawi się jako postać tyle ciekawa, co kłopotliwa. Nie wiem, czy powinnam to pisać, ale dla mnie Edward Dwurnik to taki… artystyczny nadsamiec. Jego malarstwo jest jakby wyjęte z piosenki Donatana Nie lubimy robić: jest ciężkie, siermiężne, świat jest w nim wyłożony jak krowie na rowie. Polaków portret własny, z wódką i gnojówką w tle… nie to, że nie cenię swojskości, ale jak widzę kolejne obrazy Dwurnika z serii „tulipany na łące”, które są oczywiście tymi kobiecymi tulipanami, to jednak myślę sobie: BASTA, WESOŁY OGRODNIKU!

 

Trudna relacja z ojcem

 

MARRIED TO PAINTING. Wydawać by się mogło, że życie w cieniu hiperaktywnego króla malarstwa nie jest łatwym zadaniem, Pola jednak znakomicie poradziła sobie z tym problemem. I to w dosyć prosty sposób: została królewną sztuki. Jako dziecko, Pola uwielbiała przesiadywać w pracowni ojca, podglądać, jak pracuje i samej coś tam malować pędzlami. Od początku czuła, że jej prawdziwym przeznaczeniem jest zawód artystki, lecz wszelkie ewentualne ambicje edukacji artystycznej tłumili rodzice – niezrażeni najwyraźniej faktem, że oni sami są artystami (matka Poli, Teresa Gierzyńska, zajmuje się fotografią). Z tego względu Pola nie poszła na Akademię Sztuk Pięknych, tylko na historię sztuki. Jednak, co ciekawe, Dwurnik-ojciec nigdy nie darował Poli, jeśli namalowała coś źle. Razem z żoną karcił i uczył córkę, jak malować dobrze, w poszanowaniu dla praw kompozycji, perspektywy i budowy ludzkiego ciała. Więc edukacja artystyczna nie, ale nie umieć malować, jak się jest córką Dwurnika – o, to niedopuszczalne. Połączenie nauki domowej i studiów z historii sztuki zaowocowało u Poli upodobaniem do sztuki figuratywnej i narracyjnej: w jej malarstwie często można odnaleźć odniesienia do sztuki dawnej, podane z reguły w dość bezpośredni sposób… i służące często-gęsto do celebracji samej siebie. I słusznie, bo niby czemu nie dogodzić sobie w tak trudnych czasach jak nasze, kiedy królów i królowych już praktycznie nie ma?

 

Pola jako Elżbieta I? Nie mam pytań!

 

LA LORONA. W trakcie mojej wizyty w mieszkaniu Poli pozwoliłam sobie trochę pomyszkować po kątach. Wizyta w łazience obowiązkowa – w drodze do niej odkrywam obraz, który w zasadzie spodziewałam się tam znaleźć. Portret Poli jako Fridy Kahlo. Po powrocie z łazienki spytałam się Poli, co myśli o Fridzie. Bądź co bądź, ryzykowna konwencja, ludzie się z tego śmieją. Pola rozumie moje zarzuty, ale wzrusza ramionami: „Wiadomo, Frida to Frida, ale czy przypadkiem nie nazbyt łatwo się ją bagatelizuje? W końcu miliony ludzi ją kochają”. Kiwam głową na zgodę, ale mimochodem znów zerkam na ściany mieszkania Poli. Pełno na nich malutkich portretów. Poli albo innych kobiet, jej koleżanek i nieznajomych. Tym ostatnim Pola robi ukradkowe zdjęcia w metrze albo w tramwajach. Zanim jeszcze przyszłam do Poli, w mailu opisałam jej, co robię – że piszę Mistrzynie i że jedną z moich Mistrzyń była, na przykład, Cecylia Malik. Pola na wieść o tym wpadła w zachwyt: „Cecylia Malik… nie rozumiem jej sztuki, ale ona jest taka piękna!!! Mogłabym ją bez końca malować”. Mi także zrobiła zdjęcie. Na balkonie, jak pozuję na tle Pałacu Kultury. Ponoć zawsze tak robi, fotografuje każdego swojego gościa. No i jak Pola ustawiała aparat, a ja próbowałam wyglądać swobodnie i naturalnie (nigdy się to nie udaje), to przyszło mi do głowy, że może ta Pola nie tyle jest jak Frida Kahlo, co może po prostu jest nią? Pomyślcie tylko: Frida miała swojego Diego, a Pola ma tatę Edwarda. Oni – tytani sztuki, one są zajęte malowaniem siebie, swojego życia i ludzi wokół siebie. Nawet zwierzęta podobne na obrazach malują, przecież Pola też lubi egzotyczne zwierzaki, małpy albo papugi…

 

''Główka nr 60'' z 2012 roku (autoportret na podstawie ''Autoportretu'' Fridy Kahlo z 1940 roku)

 

PRZECIWKO HIPOKRYZJI. Pola to się nawet ubiera jak Frida. Na przykład na wernisaż wystawy Pieniądze w sztuce w krakowskim MOCAK-u Pola przyszła w spektakularnej sukni, zaprojektowanej przez Agatę Dąbrowską, Idalię Mantas i Olę Zaborowską. Suknia składa się z kilku części, w tym z pelerynki (z kryzą!), spódnicy na stelażu i gorsetu. Wzór na sukience został zaczerpnięty z jednego z obrazów Poli (przedstawiającego banknot) i tak przerobiony, że przypomina aztecki motyw. Majestatyczna suknia miała, według Poli, podkreślać splendor pieniądza. „Dzisiaj artyści często ubierają się tak, że wyglądają na biedniejszych, niż są w rzeczywistości. Przynajmniej niektórzy… Kiedy więc dostałam zaproszenie na wystawę Pieniądze w sztuce, pomyślałam, że muszę jakoś odwrócić tę sytuację”. Rezultatem tego postanowienia jest projekt Sukienka: każdy wernisaż, w którym uczestniczy, Pola traktuje jak performance. Strategia na Eva&Adele przynosi zaskakujące rezultaty: na wernisażu w MOCAK-u sukienka Poli wzbudziła prawdziwe poruszenie, do tego stopnia, że niektórzy nawet bali się podejść do Poli i udawali, że jej nie widzą. Takich oporów nie miał za to członek grupy The Kransals, który razem ze swoimi kolegami „żebrał” podczas imprezy – zapomniałam się w końcu spytać, czy Pola wrzuciła mu jakiś pieniążek do koszyczka…

 

Czy królewna sztuki ulitowała się nad swoim biednym poddanym?

 

 

Pełna krasa i kasa

 

BOYS, BOYS, BOYS. Prowokujące stroje to specjalność Poli. Można powiedzieć, że lubi je zmieniać tak często, jak… chłopaków. Gdyby próbować podzielić życie Poli na okresy, to pewnie trzeba by to zrobić tak: czas Kamila, czas Pawła, czas Marcina, Dawida, Piotra… i tak dalej. Trochę jak w powieści Katarzyny Grocholi, tylko nie wiem jakiej. Swoim chłopakom poświęciła nawet osoby cykl malarski, Ogród Apolonii. Na obrazach jest oczywiście Pola i jej chłopacy – przedstawieni jako zwierzęta. W trakcie spotkania pozwoliłam sobie na trochę niefrasobliwości i poprosiłam, żeby Pola dokładnie mi wytłumaczyła, kto się kryje pod poszczególnymi zwierzakami. Kim jest Kamil-indyk i gdzie teraz pracuje? Dlaczego Marcin jest królikiem, a trzymająca go Pola – myśliwym? Jak bardzo świński był Dawid i czy tylko z wyglądu, czy też z charakteru? („Nie, on po prostu był tak łagodny jak świnia” – twierdzi Pola). Niektóre postaci na obrazach przedstawiają ludzi ze środowiska, mam więc niezły ubaw. Nie to, że jestem wścibska, ale wiecie, jak to jest: z reguły lepiej wiedzieć więcej niż mniej.

 

Z Kamilem

 

Z Marcinem

 

Z Dawidem

 

POLITYCZNOŚĆ I ZAANGAŻOWANIE. Godziny w mieszkaniu Poli mijały, a mi powoli zaczęło się robić niedobrze od cukrowanych owocków, które Pola ustawiła na stole. Pozostał mi jednak co najmniej jeden szczegół do omówienia. Plakaty. Jeden z nich stał w pokoju pod oknem. „ART NEVER DIES”, głosi wielki napis, wydrukowany na nim. Pod nim siedzi Tadeusz Rolke i głaszcze kota. Obok pręży się Pola u boku Jamesa Bonda (w tej roli Robert Jarosz). Trochę nie rozumiem przesłania plakatu, więc pytam się Poli, o co tu chodzi. „Od dłuższego czasu zajmuję się mail artem, robię takie plakaty, czasem pocztówki okolicznościowe, i rozsyłam je po znajomych”. Czuję, że nadal nie rozumiem. Po co?… Pola jednak mi tłumaczy, że to jest w zasadzie bardzo fajne: zrobić coś i komuś to dać, choć ta osoba nie spodziewa się prezentu. Plakaty i pocztówki nie są na sprzedaż. To takie, powiedzmy, działanie pozainstytucjonalne, kuratorzy są tutaj niepotrzebni. Przy okazji, w swojej działalności mail artowej, Pola kontynuuje to, co lubi robić najbardziej – wcielać się w różne role, pozować, przebierać się… Na plakacie z Bondem Pola ma na sobie blond perukę. „Całe dzieciństwo marzyłam, żeby być blondynką, taką pięknością z filmu, plakatu czy pisma. Kochałam się w Marilyn Monroe, Madonnie i Edie Sedgwick. Gdy dorosłam, stwierdziłam, że absolutnie nie chcę zmieniać koloru włosów i być blondynką, ale chcę nią bywać, więc wyprosiłam u taty prezent na urodziny” – przyznaje się Pola. I jak się rzekło, postać Edie S. często pojawia się w jej działaniach mail artowych. Blond alter ego artystki zwykle zjawia się wtedy, kiedy na świecie dzieją się niepokojące rzeczy. Tak było na przykład podczas wyborów parlamentarnych w 2007 roku, kiedy pojawiło się spore zagrożenie, że PiS dojdzie do władzy. Pola postanowiła wysłać więc serię pocztówek namawiających do udziału w wyborach. Z kolei w przypadku plakatu „ART NEVER DIES” nie bez znaczenia jest fakt, że w jego tle widać panoramę Warszawy z budynkiem Muzeum Sztuki Nowoczesnej Christiana Kereza. Można więc tę pracę potraktować jako bezpośrednią, polityczną wypowiedź artystki. Postać Edie S. jest wykorzystywana przez Polę także w bardziej intymnych sytuacjach – na przykład, gdy chce wysłać kartkę do chłopaka, który akurat ją interesuje nie pojawia się na niej nikt inny, jak właśnie Edie S.

 

 

 

 

 

POLA GAGGIOLA. Po wyjściu z mieszkania Poli długo myślałam o niej i jej rozlicznych wizerunkach. Pomimo bogatego zbioru postaci, w które się wciela (Frida, Edie S., tożsamości przechwycone od byłych chłopaków), wydawało mi się, że kogoś tutaj zabrakło. Czy jest jakaś artystka, która podobnie jak Pola lubi się multiplikować? Wygląda na to, że tak, i jest to nikt inny, jak… Marzia Gaggioli, włoska gwiazda Internetu, która zasłynęła w Polsce hitem Jestem tutaj, wyśpiewywanym rzekomo po polsku. To zadziwiające, ale obie panie nie tylko gustują w powielaniu samych siebie, ale wprost… wyglądają podobnie. Pola i Marzia lubią także przedstawiać siebie na tle fantastycznych scenerii i w niesamowitych kreacjach, których mógłby im pozazdrościć sam George Lucas. Ha! Czyżby udało mi się wreszcie rozszyfrować prawdziwą tożsamość Poli Dwurnik?

 

Pola Dwurnik, ''My Sex Therapist Told Me…'', 2006

 

Marzia Gaggioli w hicie ''Touch My Heart''

 

Marzia, podobnie jak Pola, w swoich teledyskach lub odgrywać wszystkie role

 

 

Jakiś czas temu jeden z moich czytelników wytknął mi, że „niestrudzenie wieszczę apokalipsę, a najwyższa pora na ewangelię”. Wiecie, takie komentarze naprawdę mnie denerwują, bo czy nie jest tak, że ja właśnie tę ewangelię piszę? I to nie pierwszą, w końcu to jest już któraś z kolei! Tym razem przyszła kolej na Ewangelię według Poli Gaggioli – czyli na dziwną opowieść o kobiecie, dla której jedna twarz to za mało, a spod jej sukienki w każdej chwili może wyskoczyć jakaś „niespodzianka”. Jak to ładnie ujęła Pola, jej sztuka popada ze skrajności w skrajność i przypomina proces dojrzewania nastolatki. „W moim przypadku to bardzo długo trwa i nie wiadomo, jak i kiedy się skończy” – twierdzi Pola, i trudno się z tym nie zgodzić. Jeśli więc zastanawiacie się, dlaczego Pola zasłużyła na tytuł Mistrzyni $tylu, odpowiedź jest prosta: ponieważ takie jest życie. A życie, cóż… czasem jest jak dyskoteka – parkiet się nie zapełni, jeśli nie poleci Ona tańczy dla mnie.

• • •

Czytaj także:

• • •

Karolina Plinta (ur. 1988) – zła kobieta. Studiowała historię sztuki na UJ w ramach MISH. Upierdliwa i nieznośna, twórczyni słynnego bloga Sztuka na gorąco.

Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information