MISTRZYNIE $TYLU (5): Monika Małkowska

Karolina Plinta

Starość, co za temat! Wbrew pozorom, dla mnie – krytyczki wciąż młodej o tyle o ile – rozmowa na jej temat jest to tylko okazja do różnego rodzaju złośliwostek i zadzierania nosa. Starość to poważny problem, z którym każdy z nas będzie musiał prędzej czy później się zmierzyć… Czasem okazuje się, że to „prędzej” przychodzi szybciej, niż można się go było spodziewać.

Na przykład sama już kilka miesięcy temu usłyszałam od kosmetyczki, że powinnam stosować serum przeciwzmarszczkowe. Podejrzewam co prawda, że była w tej radzie chytrze przemycona żądza zysku (bo na kurację miałam chodzić do niej, jeden zabieg za jedyne 100 zł), ale mimo to jakoś nie mogę o tym wszystkim zapomnieć. Żeby tego było mało, niedawno na swoim czole odkryłam pierwszą zmarszczkę… Nie to, że histeryzuję, ale czy ta nazbyt szybko nadchodząca starość nie rzuca cienia na całą moją działalność i program („młoda”, „krnąbrna”, „interesuje ją tylko Internet”, itp.)? Biorąc pod uwagę, że krytyka sztuki jest branżą, w której wyjątkowo łatwo się wypalić i zestarzeć, problem ten wydaje mi się palący. Co robić, żeby tego uniknąć? Czy jest jakaś recepta na wieczną krytyczną młodość? No i kto właściwie tę receptę posiada…?

Kierując się własnym lękiem i jesienną depresją, postanowiłam zająć się tematem starości na serio, a ponieważ naczelną zasadą Mistrzyń $tylu jest mierzenie się z własnym, krzywym odbiciem, bohaterką tego odcinka uczyniłam osobę, która jako krytyczka właśnie przeżywa swoją drugą młodość.

 

Monika Małkowska, eks-krytyczka ''Rzeczypospolitej''

 

Na początek muszę jednak wyjaśnić kilka rzeczy. Zgodnie z przyjętą przeze mnie zasadą, dążyłam do spotkania z nową Mistrzynią i to się poniekąd udało: po rozlicznych fejsbukowych pertraktacjach wdarłam się do jej eleganckiego mieszkania i zobaczyłam kolekcję posiadanych przez nią dzieł sztuki. Teoretycznie więc powinna teraz nastąpić część, w której dokładnie relacjonuję nasze spotkanie, ale… wiecie, w zasadzie po tym zdarzeniu zaczęłam się zastanawiać, czy formuła „spotkań z Mistrzynią” jest rzeczywiście dobra. Czy gra naprawdę warta jest świeczki…? Dodatkowo, mam wrażenie, że tym razem udało mi się lekko zdenerwować nową Mistrzynię. Raz, bo nie miałam notesu, w którym mogłabym notować jej słowa, a dyktafonu w komórce nie chciało mi się używać („Wie pani, mnie interesuje taka ogólna impresja z pobytu…”). Dwa, według pani Moniki nie przygotowałam ciekawych pytań, na które mogłaby odpowiedzieć. Prośbę, żeby opowiedziała mi coś o swoim doświadczeniu krytyczki, zbyła wzruszeniem ramion – jej dorobek jest w końcu tak bogaty, że sama nie wie, od czego zacząć. Na dowód tego otworzyła jedną ze swoich szafek, w której faktycznie piętrzyły się teczki z wycinkami z gazet. Przyznam szczerze, że sam ten widok tak bardzo mnie zmęczył, że nie miałam siły dalej pytać. Pogodziłam się nawet z myślą, że pewnych zaległości w krytycznej edukacji – szczególnie jeśli chodzi o dorobek pani Moniki – nigdy nie nadrobię. A zresztą, wszystko to przeszłość, a mnie interesuje teraźniejszość. Działalność krytyczno-artystyczną Moniki Małkowskiej w „Rzeczypospolitej” i innych pismach zostawmy więc na boku, by skupić się na kluczowym dla tego tekstu pytaniu: dlaczego właśnie Monice Małkowskiej powinien być przyznany tytuł Mistrzyni $tylu i co sprawia, że nadal jest ona ON THE TOP?

1. Ma bloga na fejsbuku. A to już niemało, biorąc pod uwagę konserwatyzm naszej rodzimej krytyki i jej zapatrzenie w media analogowe. Co więcej, blog MOMArt nie jest tylko linkownią, jak to zwykle w przypadku blogów różnych krytyków bywa, lecz prawdziwym miejscem na wyrażanie siebie. Wpisy boskiej Moniki często przekraczają długość 1000 znaków, a ich przeczytanie jest nie lada wyzwaniem dla typowego fejsbukowego leminga, który swoje opinie zwykł ujmować w formę dwóch słów poprzedzonych hashtagiem. Ostatnio boska M. rozpoczęła na MOMArcie nowy cykl pisarski – Spotkania ze zwykłym człowiekiem, w którym relacjonuje swoje zderzenia ze zwykłymi ludźmi (tematów więc pewnie starczy jej na długo, biorąc pod uwagę, ilu „zwykłych” pałęta się po ulicach polskich miast). I jakkolwiek może wydawać się to kuriozalne, trudno nie zauważyć pewnych faktów: blog MOMArtu ma obecnie więcej fanów niż Sztuka na gorąco… Pani Monika jednak nie zadowala się tym prostym sukcesem odnowionej popularności i mierzy dalej: z samego fejsbuka znane są już jej plany otwarcia nowego bloga, i kto wie, czy nie będzie to przypadkiem vlog…!

 

Pani Monika doskonale weszła w rolę fejsbukowej celebrytki

 

Tutaj w podwójnym ujęciu z tajemniczymi fanami...

 

2. O sztuce inaczej. Trzeba to przyznać – Monika Małkowska potrafi pisać o sztuce (i nie tylko) tak, że nikt inny by na to nie wpadł. Analizując jej poszczególne teksty, doszłam do wniosku, że można zaobserwować w nich fascynację wizyjną twórczością księdza Józefa Baki. Dobrym przykładem jest tutaj jej recenzja z niegdysiejszego pokazu prac Anety Grzeszykowskiej, opatrzona zgrabnym tytułem Rekonstrukcja Frankensteina po samobójstwie. Czy można ująć lepiej twórczość tej artystki w tak prosty sposób? Jeśli już przesuwamy się w przeszłość (jednak nie udało się tego uniknąć…), warto przypomnieć także jej niezwykłą prognozę artystyczną z 2009 roku, w której starała się przewidzieć, którzy artyści za 10 lat będą sławni – wizjonerski styl i umiejętność definiowania różnych zjawisk nadal mogą wywoływać sporą konsternację. Pani Monika w rozmowach prywatnych także skwapliwie przyznaje się do własnej oryginalności, podkreślając, że swoich czytelników lubi zaskakiwać i że zawsze świetnie jej się to udawało…

 

 

3. Potrafi odnaleźć się w nowych, trudnych czasach. IV Rzeczpospolita – konstrukcja teoretycznie nigdy niezaistniała, ale jednak funkcjonująca w umysłach wielu Polaków – doczekała się także swojej reprezentacji pośród krytycznej braci. Obok takich tuzów, jak Andrzej Biernacki czy Piotr Bernatowicz, także Monika Małkowska jest tą, która wierzy w spisek sztuki, ujawniający się czasami w dość zaskakujący sposób. Możliwe, że ten etap w działalności M. zaczął się od wykrycia spisku Stacha Szabłowskiego – krytyka współpracującego z pismami mejnstrimowymi i pracującego równocześnie jako kurator w Zamku Ujazdowskim – a co za tym idzie – reprezentującego układ sił nieczystych. Z kolei jej ostatnim odkryciem jest tzw. „Afera Biedronki”, czyli akcja Dział ze sztuką, podczas której przy otwockiej Biedronce odbywały się wykłady poświęcone sztuce współczesnej. Skandalicznej współpracy „biznesmenów sztuki” z siecią supermarketów dla ubogich Małkowska poświęciła co najmniej kilka wpisów na fejsie, w szczególności koncentrując się na postaci Łukasza Gorczycy, który – nomen omen dzięki swojej działalności felietonistycznej – stał się twarzą „Spisku w Biedrze”.

 

MIÓD NA MĄ DUSZĘ

 

Małkowska a sprawa tęczy

 

4. Wie, że zwierzęta to potęga. Nic tak nie napędzażycia w Internecie, jak zwierzaki, i Monika Małkowska o tym wie. Co niedziela na swoim blogu umieszcza zdjęcie niezwykłego zwierza – pytona, psa z wyłupiastymi oczami, baraszkujące na sawannie tygrysy… w grę wchodzi różnego rodzaju egzotyka i dziwność. Jak to się ma do jej działalności jako krytyczki sztuki, trudno powiedzieć. Kto wie, może jest to rodzaj alternatywnego uczestnictwa w święcie katolickim, jakim jest niedziela? Zwykle w tym dniu na obiad podaje się rosół i kurczaka, a pani Monika, proszę, swoim fanom serwuje na przykład łasicę albo krokodyla…

 

W Internecie bez zwierzaka ani rusz

 

5. Ma muzyczne alter ego. Trudno w to uwierzyć, ale tak – Monika Małkowska, podobnie jak pozostałe Mistrzynie $tylu, posiada swoje muzyczne alter ego, do czego sama przyznała się na łamach MOMArtu. Jest to nikt inny, jak Olga Jackowska, znana powszechnie jako Kora, niegdysiejsza wokalistka zespołu Maanam. Obie panie – oprócz oczywistego podobieństwa fizycznego – łączy zamiłowanie do ekstremów. W przypadku Małkowskiej ujawnia się ono poprzez intensywny styl pisarski i prywatną działalność detektywistyczną, a u Kory – w upodobaniu do suszu z konopi indyjskich, który wykryto w jej mieszkaniu w sierpniu 2012 roku.

 

NO WYPISZ WYMALUJ

 

6. Jest kobietą totalną. W różnym tego słowa znaczeniu. Na płaszczyźnie wizualnej pani Monika z pewnością nie boi się epatować wyrazistą kobiecością – jej ulubione kolory to makowa czerwień i magenta, o czym można się przekonać oglądając jej kolejne kreacje.

 

RZEKŁABYM WRĘCZ: KOBIETA-KWIAT

 

Totalność Moniki Małkowskiej wyraża się jednak nie tylko poprzez stroje, ale także przez zawodową wszechstronność. Karierę zaczynała w końcu jako artystka (studiowała na warszawskiej ASP) i dzięki swojej artystycznej działalności zdobyła większą cześć dzieł sztuki, jakie obecnie posiada w domowej kolekcji (swoje prace wymieniała na dzieła innych). Gdzieś w okolicy lat 80. zajmowała się także projektowaniem ubrań (rzecz jasna, bardzo kolorowych), a później – produkcją czegoś, co sama określa jako „dredy masajskie”.

 

(fot. Leszek Szymaniec)

 

7. Jest wzorem typowej krytyczki. Najwyższa pora na najbardziej ryzykowną tezę – uważam, że Monika Małkowska, pomimo pewnych potknięć (o, przepraszam, przecież ona nie miała żadnych…), odniosła spory sukces w swojej krytycznej branży. Kto wie, czy nie większy niż jej rówieśnica, Dorota Jarecka, która zawsze była tylko szarą myszką i koniec końców padła ofiarą redukcji etatów w GW. Z kolei Monika Małkowska – jako kobieta totalna i wszechstronnie uzdolniona – stała się czymś w rodzaju krytycznego brandu (a z „Rzepy” sama się zwolniła). Jest pop-krytyczką, czyli idealnym ucieleśnieniem popularnego wyobrażenia, jak powinna wyglądać krytyczka sztuki. „Artystycznie” ubrana, z filcową biżuterią, wysławiająca się prostą, dobitną polszczyzną i pozująca na tle swojego dopieszczonego mieszkania – jest wszystkim, czego mogą pragnąć czytelniczki „Zwierciadła” albo „Werandy”. Monika Małkowska jest trochę jak Abbey House – bez względu na to, co powie „światek sztuki”, ludzie i tak to kupią. Obserwując podczas spotkania panią Monikę, doszłam do wniosku, że jest to jedna z tych osobowości, w których wszystko jest starannie przemyślane i nie ma miejsca na niechlujność. Na prośbę o zdjęcie robi jeden ruch… i portret Mistrzyni $tylu gotowy.

 

Mistrzyni $tylu na swoim balkoniku. W rękach - własny portret, a nad głową praca Jana Mioduszewskiego

 

• • •

Czytaj także:

• • •

Karolina Plinta (ur. 1988) – zła kobieta. Studiowała historię sztuki na UJ w ramach MISH. Upierdliwa i nieznośna, twórczyni słynnego bloga Sztuka na gorąco.

Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information