Handluj z tym (10): Egzekucje na fejsie

Jakub Mihilewicz

Dziewiętnastego marca osoba podająca się na Facebooku jako Bassel A Shuhema wrzuciła na swój (publiczny) profil dwuminutowy, brutalny film z (publicznej) egzekucji. Jak to niestety często z kopiami bez źródła bywa, niemal niemożliwe było dotarcie do informacji, kto przez kogo został właściwie rozstrzelany. Przekopanie się przez 30 tysięcy komentarzy i 120 tysięcy udostępnień przerasta możliwości jednego człowieka. Po znalezieniu źródła dowiedzieliśmy się niewiele – dziesiątka syryjskich żołnierzy została rozstrzelana przez Wolną Armię Syrii.

Nie jest to pierwszy raz, kiedy niepokojące, pełne przemocy treści budzą oburzenie użytkowników Facebooka. Wcześniej w marcu witrynę zalały kopie filmu z publicznego wieszania więźniów w Iraku. Wtedy także materiału nie usunięto. Niemal rok temu gazeta.pl oburzała się na inny materiał – chodziło o scenę dekapitacji kobiety w Meksyku. Jak słusznie zauważono, na portal może wejść każdy, bez ograniczeń wiekowych, ale przecież to samo tyczy się całej sieci, nie tylko Facebooka.

Wiadomo tylko, że film został zripowany z serwisu LiveLeak.com, widoczna w jego rogu ikonka nie pozostawia co do tego wątpliwości. Serwis ten ma ciekawą historię, w 2006 roku fala protestów przeciw brutalnym treściom doprowadziła do zamknięcia popularnego serwisu Ogrish.com. Ogrish znany był jako baza ekstremalnych filmów i zdjęć gore – czyli jako tzw. shock site. LiveLeak powstał wkrótce po zniknięciu Ogrish, z którego dawnej domeny jesteśmy dziś przekierowywani na LiveLeak.com.

LiveLeak zasłynął z opublikowania filmu z egzekucji Saddama Husseina w 2007 roku. Stronę tę autorzy opisują jako „redefiniującą media” i „promującą potęgę dziennikarstwa obywatelskiego”. Faktycznie, mamy możliwość uploadowania własnych filmików, tworzenia kanałów tematycznych i publicznej dyskusji, podobnie jak na YouTube, z tą jednak różnicą, że na YouTube działa cenzura – Departament Obrony Stanów Zjednoczonych regularnie usuwa pochodzące od samych żołnierzy przecieki z frontów w Iraku czy Afganistanie, ale filmy te bez problemu znajdziemy właśnie na LiveLeaku.

Dlaczego jednak skrajnie brutalne filmy możemy wciąż oglądać na Facebooku? Oficjalna linia PR-owa portalu to raczej prorodzinna propaganda sukcesu i konsumpcji, znana z innych korporacyjnych wideo z Doliny Krzemowej. O sytuacji dowiedziałem się poprzez grupę „entuzjastów social media”, gdzie jeden z użytkowników poprosił o grupowe zgłaszanie filmu, żeby zmusić administratorów Facebooka do usunięcia wątpliwych treści. Tak się jednak nie stało. Teoretycznie, przy każdym zgłoszeniu niepokojących treści, któryś z administratorów powinien otrzymać notyfikację o problemie do rozpatrzenia. Jednak po oznaczeniu przez administratora materiału jako nieszkodliwego, dalsze flagowanie treści skutkuje automatycznym komunikatem, że materiał nie zostanie usunięty.

W tak zwanych „Standardach społeczności” Facebook porusza kwestię drastycznych materiałów, które są przykładem łamania praw człowieka. Uzasadnia zgodę na umieszczanie takich plików tym, że pozwala ono „potępić przedstawione działania”, dodając, że: „W naszym serwisie nie ma jednak miejsca na publikowanie obrazów przedstawiających przemoc dla uzyskania drastycznych efektów ani na celebrowanie lub gloryfikowanie przemocy”.

Gdzie leży granica między dziennikarstwem obywatelskim a zbieraniem lajków? Trzeba pamiętać, że Facebookowi zwyczajnie opłaca się utrzymywanie popularnych, wirusowych treści. Im więcej osób klika i ogląda, tym większa szansa, że klikniemy też na reklamę. Na omawianym profilu, obok kontrowersyjnych materiałów, możemy znaleźć też informacje, że Bassel gra w Candy Crush Sagę i że smakuje mu shisha w pewnym syryjskim lokalu.

Problem drastycznych treści na serwisach społecznościowych jest wieloznaczny i niejasny. Z jednej strony, wielokrotnie wypominano portalowi Zuckerberga cenzurę nagości, przy jednoczesnym pobłażaniu przemocy, co wpisuje się szerzej w amerykańską kulturę. Identyczne mechanizmy można bowiem zaobserwować w kategoryzacji filmów czy gier wideo. Fakt, że zdjęcie matki karmiącej dziecko jest usuwane niemal z automatu, a film z dekapitacją kobiety może oglądać każdy bez żadnych ograniczeń, jest oczywiście głęboko niepokojący. Jednak serwisy społecznościowe są często najwygodniejszym (i być może jedynym) środkiem, aby błyskawicznie pokazać rażące nadużycia w kwestii praw człowieka – doświadczyliśmy tego niedawno choćby w związku z Ukrainą. Z drugiej strony, cenzura takich materiałów mogłaby się spotkać z podobną falą protestów. Czy nie jest tak, że występujący przeciw drastycznym treściom są zwyczajnie zajęci „problemami pierwszego świata”; przysłowiowe księżniczki na ziarnku grochu, którym przeszkadza krew i śmierć na ich perfekcyjnym, designerskim sprzęcie, pełnym wyselekcjonowanych, lifestylowych treści?

Na pytanie, czy Facebook powinien usuwać filmy przedstawiające np. egzekucje, nie jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie. Chciałbym natomiast wskazać na drogę, jaką tego typu pliki przebyły z kloaki internetu do terenów działań potencjalnie wywrotowo-politycznych. W tym wypadku, paradoksalnie, ekonomia lajków może przekładać się na mechanizmy demokratyzujące. Na pewno Facebook powinien popracować nad wątpliwej jakości polityką nadużyć. Jeśli usuwać „niewygodne” treści, to wszystkie, bez wyjątku – a nie wyłącznie zdjęcia z widocznym sutkiem. Trzeba również pamiętać, że drastyczne filmiki często służą pompowaniu popularności wirtualnych attention whores – zaangażowani użytkownicy folgują sobie w rasistowskich komentarzach, pomijając sedno problemu. Do tego dochodzi wspomniane na początku zatarcie źródeł i brak solidnego opracowania materiału. Mimo wszystko, może przynajmniej promil klikających zainteresuje się sytuacją poza „pierwszym światem” i wyjdzie na chwilę ze złotej klatki? Jest szansa, że taka terapia szokowa na schludnym, konsumpcyjnie sformatowanym feedzie pomoże dotrzeć ukrywanym treściom do politycznie zaangażowanych. W końcu, jeśli Facebook jest dziś ostatecznym agregatem treści (Facebook niejako JEST internetem dla wielu ludzi), to kasując niepokojące dane, usuwamy je z pola potencjalnych zderzeń i interakcji.

• • •

Czytaj także:

• • •

Jakub Mihilewicz – prawdziwe nazwisko Fleischman, wróg #1 Polskości, Narodu Polskiego i Wolnego i Niepodległego Państwa Polskiego, polonofob, dywersant, polakożerca, fanatycznie i zajadle nienawidzi polskości, Polaków i Polski. Nie płakał po papieżu, nie umie nawet skończyć lewackich studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. W bezpośrednim starciu niegroźny, można go napotkać w nocnych klubach grającego nieznośną antypolską muzykę pod pseudonimem Justice Beaver. Pisze o muzyce i internecie od kilku lat, obecnie głównie na Lineout.pl. Uzależniony od internetu.

Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information