Reporter literatem podszyty

Dawid Juraszek

Toczy się, a może już się przetoczyła dyskusja o polskiej szkole reportażu vel polskiej szkole zmyślania. Nie chcę tu powtarzać, streszczać, referować, choć aż ręka swędzi, by zacytować niektórych reportażystów; w tekście Mariusza Szczygła w „Dużym Formacie” i Adama Leszczyńskiego w Krytyce Politycznej jest od groma przykładów i odsyłaczy, można sobie poczytać. A jak ktoś nie lubi czytać, to Leszczyński i Szczygieł spotkali się mano a mano na dwadzieścia z hakiem minut w TOK FM. I ta rozmowa jest chyba najciekawsza, choć z innego powodu, o którym później.

Trochę artykułów, w tym reportaży, zdarzyło mi się opublikować. Nie, nie porównuję się z zawodnikami wagi ciężkiej będącymi stroną – i tematem – tej dyskusji; po prostu nakreślam kontekst. Jestem też namiętnym czytelnikiem literatury faktu. I zamiast pożytecznie spędzać wolny czas, głowię się nad stanem polskiego reportażu, z którego to głowienia zdam teraz relację.

„Dyskusja o stanie polskiego reportażu powraca wtedy, kiedy któryś z prominentnych przedstawicieli »polskiej szkoły reportażu« zostanie przyłapany na spektakularnej etycznej wpadce”, rzecze Leszczyński. Szczygieł z tymi wpadkami by jednak nie przesadzał. Nie ma ich tak dużo, a poza tym opatrzność czuwa, stwierdza; jeśli tylko jakiś reporter popełni błąd, „natychmiast to jest weryfikowane przez czytelników, przez fachowców, jest internet”. Skoro odkryto, co poszło nie tak, a autor musiał się ustosunkować, to wszystko skończyło się dobrze.

Problem zatem z głowy? Niekoniecznie. Szczygieł proponuje ni mniej, ni więcej, tylko przerzucenie zadania weryfikacji upublicznianych informacji na odbiorcę – w tym przypadku czytelnika, recenzenta. Nader ambitna to propozycja. Ale, raz, przecenia zasięg krytyki. Książka stoi u czytelnika na domowej półce. Krytyka pojawia się kiedy indziej i gdzie indziej: na internetowym portalu, w gazecie, w wywiadzie radiowym. Dyskusja przemyka w mediach, ktoś gdzieś coś mówi, pisze, potem przestaje, i tyle, a książka u czytelnika w domu na półce stoi jak stała, bez linków, bez erraty, namacalna i samowystarczalna.

Dwa, w swoim przekonaniu, że opatrzność internetowa czuwa, Szczygieł ulega tej samej iluzji, o której wspominałem tu parę tygodni temu: survivorship bias. Wiemy o tych błędach, które wytknięto – ale skąd pewność, że wytknięto wszystkie? Ile błędów przeszło bez echa? O tych ostatnich z zasady nie wiemy, łatwo więc ulegamy iluzji, że ich po prostu nie ma. Powodów nie trzeba szukać daleko: może akurat zabrakło w danej dziedzinie specjalisty, może ktoś, kto znał fakty, danej książki nie przeczytał, może przysnął nad tym czy innym rozdziałem, może sprawy życiowe się wcięły, może zazgrzytał zębami, ale szkoda mu było nerwów, może, może, może... Podobnie, Szczygieł twierdzi, że poza jedną książką, gdzie kilkoro różnych postaci zlepiono w dwie (co sam autor wyjawił w tejże książce), innych takich przypadków ostatnio nie zna. No ale jak ma znać, o ile reporterzy się mu do takich zabiegów nie przyznają albo jakimś cudem nie wyjdą one na jaw? Sam pojedzie w lasy równikowe albo poradzieckie republiki odszukać opisywanych bohaterów?

„Wszystko jest kłamstwem i nic nie jest kłamstwem”, mówi Szczygieł, przywołując kwestię subiektywizmu, rekonstrukcji zdarzeń na podstawie wspomnień, itd. Kto obiektywnie ustali, jakie są te fakty? – pyta. Na dowód przywołuje „miękkie fakty”, jak np. kolor spodni Leszczyńskiego. Ale choć Szczygieł może twierdzić, że spodnie Leszczyńskiego są pomarańczowe, a sam Leszczyński może się upierać, że ceglaste, to do jakiego stopnia trzeba by zmiękczyć rzeczywistość, by twierdzić, że Leszczyński ma na sobie spodnie niebieskie, sukienkę lub że siedzi w studiu au naturel?

Niby oczywiste, a jednak nie. Szczygieł zestawia dwóch reporterów, Wojciecha Giełżyńskiego i Ryszarda Kapuścińskiego, którzy „w młodości zaczęli wieść spór, co jest w reportażu ważniejsze: faktografia (W.G.) czy stany duszy (R.K.)”, i wywodzi, że pierwszy w przeciwieństwie do drugiego jest szerzej nieznany, ergo, sztywniak. Kontratak przyłapanych na nieścisłościach reportażystów wychodzi z podobnych pozycji: gdybym nie miał swobody wyrazu, byłoby nudno, niemarketingowo, bez szans na dotarcie do istoty rzeczy. Fakty jawią się tu jako kajdany, a krytyk, który wytyka błędy, jako pedant o wąskich horyzontach. Szczygieł podsumowuje kwestię W.G. i R.K. kategoryczną dychotomią: „I tak solidność w prezentowaniu informacji i danych przegrała historycznie z talentem do metafory”. Można by zapytać, czy wybór dotyczy tylko tychdwóch ekstremów? Czy naprawdę nie ma innej opcji? Po co w ogóle każdy reporter przytacza jakiekolwiek dane? Czy nie po to, aby się na czymś konkretnym oprzeć, przydać tekstowi wiarygodności, ciężaru gatunkowego? A skoro tak, to czy nie daje tym samym odbiorcy prawa do rozliczania, czy na tę wiarygodność zasłużył?

Szczygieł rzecze, że reportaż „jest opowiadaniem na pokaz (kto uważa, że nie, ma podejście naukowca, a nie reportera)”. Naukowiec może jednak powiedzieć coś wartościowego o reporterze (jak i reporter o naukowcu). Przekonanie o zdolności reportażysty do wyekstrahowania jakiejś niemal mistycznej esencji miejsca, człowieka lub wydarzenia bez względu na to, czy się owemu reportażyście fakty zgadzają, czy nie, jest przykładem wiary w instynkty i zdolności intelektualne homo sapiens. Wiary na wyrost. Daniel Kahneman w Thinking, Fast and Slow bezlitośnie udowadnia, do jakiego stopnia ludzki umysł skory jest do ulegania iluzjom i uproszczeniom. Pisałem wyżej o survivorship bias; można wspomnieć jeszcze choćby o confirmation bias, czyli podświadomej podatności na informacje, które potwierdzają już wyrobiony pogląd. Reporter nadmiernie ufający swojej umiejętności wydestylowania istoty rzeczy tak naprawdę sam wydaje się na pastwę owych iluzji, staje się ich marionetką.

Podkreślę – w całej dyskusji nie o same tylko nieścisłości merytoryczne idzie. Nieuwaga, pośpiech, głupi zbieg okoliczności odpowiadają za niejedną zupełnie zbędną wpadkę. Mogą to być błędy elementarne, które czytelnicy sami zauważą i zweryfikują, jak i zaawansowane, trudne do wychwycenia; nic nie znaczące oraz takie, od których wiele zależy. Ważniejsze jednak od samych błędów jest do nich nastawienie. Autor, który na wytknięcie przeinaczeń merytorycznych wzrusza z bierną agresją ramionami i rzuca: „Ale o co chodzi, przecież to reportaż literacki”, przejawia pogardę wobec tych, dla których i o których pisze.

Z mroków niepamięci dobiegają mnie echa niegdysiejszych zażartych debat pośród pisarzy i czytelników fantastyki. Jak może konnica wymachiwać mieczami dwuręcznymi? Czemu lasery w próżni kosmicznej tak przeraźliwie świszczą? Bywały takie i podobne wątpliwości ucinane łatwymi i niemądrymi słowy: „Ale o co chodzi, przecież to fantastyka”, jak gdyby żaden sens czy realizm nie musiał się dzieł fantastycznych imać, ba, jak gdyby z zasady im szkodził. Nie dbali głoszący tę wymówkę o to, że miecz, jak to miecz, stojącym na drodze konnicy nieszczęśnikom zgruchocze czaszki, zamiast wyprasować im spodnie, a lasery, jak to lasery, sięgną w prostej linii celu, zamiast skręcić do najbliższego marketu. Skoro „przecież to fantastyka”, to wypadałoby potępić i ten realizm, n'est-ce pas? Albo po prostu przyznać, że z tymi mieczami i laserami to jednak – o ile twórca nie poda w samym dziele przekonującego wyjaśnienia – przegięcie.

Wróćmy do reportażu, zwłaszcza tego książkowego. Śmiem twierdzić, że dążenie do oddania „stanu duszy” nie musi stać w opozycji do zachowania szacunku dla twardych faktów. A jeśli stoi – to trzeba uczciwie zmienić sobie wizytówkę. Leszczyński pisze:

 

Jeśli jednak dla reportera jego historia jest mimo wszystko zbyt nudna i uważa, że dla efektu estetycznego trzeba dokonać jakiejś operacji na rzeczywistości – połączyć dwóch bohaterów w jednego, zmienić kolejność opisywanych wydarzeń, wymyślić rozmowę, której nie było – powinien uprzedzić o tym czytelnika. To by było fair. Łatwa, prosta reguła. Wiąże się z nią oczywiście ryzyko, że księgarz przestawi taką książkę z półeczki z napisem „literatura faktu” na półkę z napisem „literatura piękna”. I to też będzie fair.

 

Słusznie. Czy jednak przestawi, to jedno. Drugie, czy w ogóle będzie co przestawiać. No bo tak szczerze, co trudniej opublikować: artykuł czy opowiadanie? Książkę reportażową o egzotycznym kraju, czy o tymże egzotycznym kraju powieść? A z drugiej strony, co przychodzi łatwiej: poznanie osobistych motywacji bohaterów i zapisanie ich autentycznych rozmów, czy ich sobie wyobrażenie? Zebranie i sprawdzenie – raz, drugi, trzeci twardych danych czy machnięcie na to wszystko ręką w pogoni za wrażeniami, odczuciami, stanami duszy? Widzicie, że stawiam tezę w formie pytania – asekuracja to czy estetyka? A może jedno i drugie?

Nie, nie twierdzę, że pisarze literatury pięknej z zasady machają ręką na twarde dane. Rzecz w czym innym: ile fikcji może zawierać w sobie literatura faktu, by nią pozostać? I czy tyle samo, ile faktu może zawierać literatura piękna, by nadal być piękną?

Niektórych coś ciągnie do pisania pod szyldem non-fiction, nawet jeśli jednocześnie ciągnie ich do technik rodem z fiction. Chcą korzystać z the best of both worlds. To ludzkie. Ale jeśli te dwa szyldy mają cokolwiek znaczyć, to trzeba wytyczyć między oboma światami granicę – i legitymować się, gdy się ją przekracza.

Rozmowa w TOK FM pozwala porównać to, co pisze Szczygieł i Leszczyński, z tym, co mówią. I jak mówią. I to jest chyba najciekawsze. Przemyślane zabiegi retoryczne, umiejętnie przywołane przykłady, zniuansowana argumentacja – o to wszystko, na co pozwala komfort tekstu pisanego, jest dużo trudniej w bezpośredniej dyskusji z żywym i żwawym rozmówcą o odmiennych poglądach. Słuchałem tej rozmowy kilka razy, zaglądając jednocześnie do artykułów obu interlokutorów. Zgadzają się nazwiska, zgadza się ogólne nastawienie do problemu – ale argumenty więdną, retoryka siada, przykłady implodują i słuchaczowi, który nie czytał artykułów, zostaje jakiś ersatz całej kwestii. Jaka jest więc prawda o rozmówcach, o ich stanowiskach? Kusi mnie, by pojechać na koniec, że nie ma żadnej prawdy, że są tylko opinie: moje, osób tu opisanych oraz czytelników – a co, będzie jak przystało – autotematycznie, relatywistycznie, felietonistycznie.

Żyjemy w końcu w epoce postprawdy – prawda?

• • •

Dawid Juraszek (1979) – pisze opowiadania, powieści i artykuły, przekłada książki i wiersze, redaguje antologie, współpracuje z www.polska-azja.pl, wykłada na uniwersytecie, mieszka w Kantonie.

Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information